Złodziej czasu

Scenariusz Konkursowy:

Złodziej Czasu Marek Golonka

 

 

System: Wolsung

Setting: Alfheim Zamorski

Gotowa mechanika: tak

Modyfikacje zasad: brak

Liczba graczy: 4

Gotowe postacie: częściowo

Liczba sesji: 3-4

Dodatki: brak

Opis: Niezwykłe Damy i Dżentelmeni spotykają się na Uniwersytecie Miscatonic podczas prezentacji wynalazku, który ma rozwiązać zagadkę Innsport – miasta, którego mieszkańcy kilkanaście lat temu dosłownie zniknęli. Wynalazek zostaje jednak opętany przez złowrogi nieeuklidesowy byt, który próbuje zamrozić w czasie uczelnię. Dalsze śledztwo w tej sprawie komplikuje się jeszcze bardziej, gdy przeciwko Miscatonic i wszystkim zaangażowanym w eksperyment występuje także gubernator Alfheimu Zamorskiego…

Pokaż komentarze kapituły »

Mateusz Budziakowski

Kawał scenariusza. Mocna inspiracja Mitami Cthulhu (w Wolsungu? Potęga!), drobiazgowo rozpisane sceny, akcje, bohaterowie. Jest streszczenie tekstu – już za to samo należy się Autorowi wielka pochwała. W pełni wykorzystane możliwości mechaniki, która zarazem nie jest celem a dodatkiem. Dodatkowo Autor proponuje ciekawe wykorzystanie czasu, walkę z kopiami BG (czyż można wyobrazić sobie godniejszego przeciwnika?!). Autorze, czy Ty wygrasz tegoroczną edycję? Bo coś mi się zdaje, że wygrasz tegoroczną edycję!

Artur Ganszyniec

Autor obiecuje to krótką kampanię do Wolsunga, w której bohaterowie mierzą się z bytami z poza czasu i przestrzeni, i w wielkim stylu ratują świat. I rzeczywiście, dostajemy w swoje ręce bardzo dobrze przygotowaną kampanię o nadnaturalnym śledztwie i pulpowej grozie, w której Niezwykłe Damy i Dżentelmeni mierzą się z bytami z poza czasu i przestrzeni, i w wielkim stylu ratują świat. Wszystko to z dużym szacunkiem dla settingu i z bardzo ciekawymi rozwiązaniami mechanicznymi. Polecam.

Paweł “Gerard Heime” Jasiński

Mini-kampania gotowa do druku jako dodatek do Wolsunga. Schludnie i przejrzyście napisana, oparta na solidnym pomyśle, ale przed wszystkim bardzo grywalna, dające spore pole do popisu dla graczy. Już sam początek (motywacje, plotki, wywiady z reporterami) jest bardzo zachęcający, a potem jest tylko lepiej – przez rozwidlającą się akcję, aż po trzyetapowy finał i solidny epilog. Autor umiejętnie wykorzystuje setting, kreatywnie go rozwijając i gładko sprzedając czytelnikowi swoje pomysły – tą przygodę się czyta nie jak pracę fanowską, ale jak oficjalny dodatek do gry. Aż sięgnąłem po “W pustyni i w puszczy” by porównać scenariusz z opublikowanymi materiałami. Scenariusz zasługuje też pochwałę pod względem reżyserskich porad dla MG. Widać, że przygoda była testowana, a autor spisał swoje przemyślenia – nie tylko wymyślił dobrą historię, ale umiał wytłumaczyć MG, jak tę historię opowiedzieć. To widać zwłaszcza przy opisach konfrontacji. Jestem pod wrażeniem tego, jak autor wykorzystuje foreshadowing – sugerując graczom jakie miejsca, wydarzenia czy jakie postacie im ujrzeć jeszcze w toku przygody. Elegancko się to spina z czasoprzestrzennym motywem przewodnim. Czy scenariusz ma jakieś wady? Raczej drobne i nieliczne. Wątek zniknięcia Mayi może się wydawać naciągany (i nie do końca wyjaśniony), a powiązanie Czujnego Wilka z Szakalem jest na tyle mocno zasugerowane, że gracze mogą się na nim skupić o wiele mocniej, niż założył autor, zmuszając MG do improwizacji. Nie za bardzo rozumiem, czemu gubernator miałby przepuścić graczy do Innsport po przegranej konfrontacji z Rybim Królem – wydaje się to być słabo umotywowane. Te potknięcia jednak łatwo naprawić i nie wpływają one na odbiór całości. Złodziej Czasu to w moim mniemaniu solidny faworyt do tegorocznej nagrody.

Aleksandra Mochocka

Mój zdecydowany faworyt. Zakochałam się. Chciałabym to mieć ładnie wydane na półce. Żeby pachniało farbą drukarską. I miało śliczną okładkę. Taką, żeby z niej skopiować grafikę na koszulkę.

Język: cudowny! poprawny, płynny, dopasowany do konwencji. Widać i dobre pióro, i szacunek dla odbiorcy. Śliczne pomysły fabularne (to ogólnie). Wprowadzenie czytelne, szybko przyswajalne, dobrze wypunktowane najistotniejsze elementy. Fabuła: wszystko elegancko, z podziałem na akty, jak mądre księgi nakazują (ale żarty żartami, to dobrze rokuje). Statsy, karty motywacji etc., gotowe do użytku i kompletne. Krótkie podsumowania na początku każdego aktu – ułatwienie dla czytającego/prowadzącego sesję. Wskazówki ważne dla postępu fabuły podawane z poszanowaniem inteligencji graczy, ale jednak z marginesem na niepowodzenie – i to najważniejsze!

I jeszcze – mnóstwo podpowiedzi odnoszących się do oddziaływania na graczy i prowadzenia. Oraz – klimat! klimat! Klimat!

And finally… za Shoggotha na Dachu moje hugs and kisses!

Michał Mochocki

Scenariusz godny Quentina. Klarownie i precyzyjnie rozpisany dla mistrza gry: nie tylko akty i sceny, ale streszczenie i spis treści. MG od początku wie, kim są główni BN-i i jakie mają dążenia oraz co z tym mogą zrobić gracze. Co więcej, w dość skomplikowanej siatce wątków okultystyczno-techniczno-społeczno-politycznych ani razu nie miałem wrażenia, że motywacje i działania BN-ów są naciągane. Nawet kiedy ważny BN – Czujny Wilk, a potem płk Tarnad – nie bierze osobiście udziału w misji, na której losie mu zależy, jest to w pełni sensowne. Nie muszę dociekać “czemu sam tego nie zrobi, tylko wysyła obcych ludzi”, bo wiem: Wilk ratuje uniwersytet, więc jest uziemiony na miejscu, a Tarnad bardzo chętnie wyręczy się kimś innym, nie narażając swoich podwładnych. Bardzo dobrze zagrane motywacjami i realiami. Równie dobrze przemyślane są działania organizacji: opisy szpitala, FBO, policji czy gangu Rybiego Króla są skrótowe, nie ma przeładowania informacjami, a mimo to MG wystarczająco się orientuje, jak działają te struktury, kto nimi rządzi, co chcą i co mogą zrobić. Łącznie z takimi drobnymi smaczkami, jak notowanie, ile razy BG zwrócili na siebie uwagę Rybiego Króla, wypytując o niego – i powiązanie tego z liczbą zbirów, których przeciwko nim wyśle. (Przypomina mi się pomysł z “Wszyscy moi oszukani” z Quentina 2011 – tam MG zliczał punkty za sukcesy BG w śledztwie i im bliżej byli celu, tym bardziej radykalne działania podejmowali kultyści).

Od strony wyzwań dla graczy – pięknie splecione śledztwo, magia, technika, polityka i finanse.. Na przykład, budowa technomagicznego korytarza do Innsport wymaga nie tylko wiedzy, jak to zrobić, nie tylko zasobów finansowych, ale również zwycięstwa politycznego, by mieć zgodę na budowę instalacji na terenie otoczonym przez kordon wojskowy. Widać, że bohaterowie wszelkich specjalizacji będą mieli swoje 5 minut, gdy to właśnie ich umiejętności lub zasoby okażą się kluczowe. Wiele scen ma różne możliwe zakończenia, w tym często uwzględniając możliwość porażki BG, ale owe porażki nie blokują dalszego rozwoju fabuły, jedynie utrudniają zwycięstwa w kolejnych etapach. To też jest atut zasługujący na pochwałę: podejmowane wybory i sukcesy/porażki niosą ze sobą różne konsekwencje, zapewniając graczom realny wpływ na rozwój wydarzeń.

Duże brawa za wplecenie tej przygody we wcześniejsze i późniejsze działania drużyny. Podoba mi się pomysł ze specjalnymi motywacjami, zawczasu wiążącymi BG z wątkami czy postaciami ważnymi dla tej historii. Podoba mi się także zestaw pomysłów na ciąg dalszy, a szczególnie groźba spełniania się niektórych lub wszystkich wizji przyszłości, przedstawionych BG przez Klucznika. Dzięki temu wpływ tego scenariusza może się ciągnąć za bohaterami aż do końca kariery. Potężna, zdawałoby się, zdolność manipulacji czasem, która mogłaby zanadto “przepakować” BG w kolejnych przygodach, jest zmyślnie objęta ograniczeniem: wynalazek trolla działa tylko tam, gdzie czas już został wcześniej zaburzony.

Czy jest tu cokolwiek, co mi się nie podoba? Właściwie nie. Czasami tylko się zastanawiałem, czy autor nie przekombinował z mechaniką. Np. w scenie rozmowy z trollem Degrańskim mamy specjalne zasady uspokajania rozmówcy, w tym “dwa testy pod rząd nie mogą być oparte na tej samej umiejętności”. Co znaczy “nie mogą” – skąd gracze mają to wiedzieć i właściwie czym to uzasadnić? Tu i w paru innych miejscach obawiam się, że specjalnych zasad jest na tyle dużo, że mogą zepsuć fabularne rozgrywanie sceny. Jednak ta “mechaniczna” wątpliwość nie rzutuje na ogólną ocenę: jest to znakomity scenariusz!

Jakub Osiejewski

Ogólnie świetna, epicka emocjonująca rzecz, masa rzeczy bardzo mi się podoba, choćby wywiad z dziennikarzem, czy aluzje do mitologii i pisarzy związanych z Mitami Cthulhu.

Motywacje bohaterów nie budzą moich zastrzeżeń – to bardzo dobry pomysł na wciągnięcie graczy w fabułę minikampanii. Mechanicznie przeciwnicy wydają się jednak bardzo potężni, wymagający doświadczonych postaci, zatem kilku rozegranych sesji – to jednak nie jest wadą, zwłaszcza, że stawką w grze jest ocalenie świata!

Skoro mówimy o opozycji, to na aplauz zasługują też konfrontacje; autor w biegły sposób wykorzystuje mechanikę Wolsunga do przedstawiania opozycji i manipulowania graczami, dba też by skutki przegranych konfrontacji (które nie są tak do końca starciami). Konfrontacje służą też nie tylko zapewnieniu emocjonujących konfliktów, ale także dawkowaniu napięcia i poznawaniu bardzo fajnych BG.

Co trochę mało klika? Cóż, jest to “przygoda Schrodingera” – jeśli bohaterowie przegrają, gubernator przebywał w biurze, jeśli zaś wygrają – czaił się obserwując ich przez lornetkę. Takie podejście jest według mnie nieco nieuczciwe. Przyznam się, że to z mojej strony pewna hipokryzja, bo sam czasem tak prowadzę, ale są gracze, którzy uznają taki styl za niesprawiedliwy.

A, no i Szakal w Winlandii? Może uciekł z zoo? Zastanawiam się, jak po windiańsku jest “szakal”.

Tomasz Pudło

Złodziej czasu to nie jeden scenariusz a krótka kampania, która czasu skradnie Wam sporo, ale ani chwili nie będziecie żałować. Scenariuszowi temu nie brakuje w zasadzie niczego, więc skupię się tylko na tym, co mi się najbardziej podobało.

Jednostrzały mają to do siebie, że często wykorzystują pregenerowane postacie. Złodziej czasu proponuje tylko dodatkowe motywacje, więc jednocześnie pozwala grać Waszymi ulubionymi postaciami, a jednocześnie mocno wiąże BG z wydarzeniami. Mam nadzieję, że dzięki temu każdy fan Wolsunga rozegra ten scenariusz.

Świetna jest też scena otwierająca, w której to gracze sami decydują co reporterzy wiedzą o ich postaciach i dzięki temu mogą samodzielnie pokazać, w czym te postacie najbardziej błyszczą.

Bardzo podoba mi się, że konfrontacje są trudne i mają swoje konsekwencje. Dzięki temu każda jest emocjonująca, a na sesjach mechanika będzie mogła działać swoją magię.

Kampania ma rozmach, a po jej zakończeniu grający będą mogli sobie powiedzieć – zagraliśmy w kawał dobrego erpega. Dobra robota!

Michał Smoleń

Świetna mini-kampania, wykorzystująca wątki z Wolsunga (także mojego autorstwa!) w interesujący, oryginalny sposób, nie popadająca jednak w nadmierną przesadę czy oniryczne zadęcie, które gryzło mnie i zmniejszało grywalność w podobnych pracach w latach ubiegłych. Profesjonalna realizacja klasycznej formy RPG opartej na fikcji gatunkowej, do której bardzo trudno się przyczepić: znajdziemy tutaj przejrzyste streszczenia i opisy, statyki i porady dotyczące prowadzenia scen, stosunkowo dużą swobodę pozostawioną bohaterom. Scenariusz przewiduje, że mogą oni podejmować różne decyzje, pozwala im też przegrywać: porażki będą miały konsekwencje dla bohaterów niezależnych i utrudnią pokonanie przyszłych przeciwności. „Złodziej czasu” świetnie balansuje pomiędzy zbyt sztywną strukturą a jej nieprzyjemnym brakiem (który zmuszałby prowadzącego do improwizacji). Stosunkowo mniej wymyślna, w porównaniu do przygód z lat poprzednich, fabuła na poziomie „marko”, łączy się z dowartościowaniem pojedynczych scen: nie są to już tylko ilustracje i wypełniacze schematu, ale znajdziemy w nich wiele świetnych pomysłów, smaczków i patentów, dobrze rozgrywanych motywacji, zapadających w pamięć bohaterów i wyzwań. Po drobnej redakcji tekst nadaje się do druku, to jeden z najporządniejszych scenariuszy do Wolsunga.

Być może niektóre ze scenariuszy, które wygrywały w latach poprzednich, oparte były na robiących większe wrażenie pomysłach, jednak jakości „Złodzieja czasu” trudno dorównać.

Michał Sołtysiak

Wszystkie przygody do Wolsunga muszą być długie i stanowić co najmniej kampanię. Jak widać to system, gdzie wielkie fabuły o ratowaniu całego świata są „musisz-mieć!”. Tak jest i z tą przygodą. Masa stron, masa zdarzeń i bardzo bogato rozpisany motyw ratowanie całej wolsungowej Ameryki, więc i poziom zaiste epicki. Na Quentina nie wolno przecież napisać typowej przygody sobotniej, klasy odcinka S03E14 dowolnego serialu. (Choć ja tęsknie za taką mistrzowską, nie nadętą miniaturą).

No ale jak już tak ma być, że bez rozmachu się nie da, to trzeba ocenić jak się sprawdza ta kampania jako materiał przyjazny Mistrzowi Gry. Taki, gdzie znajdzie on wszystko co trzeba, żeby poprowadzić ten scenariusz. Co zaś bardzo cieszy, autor wywiązał się z tego zadania znakomicie. Krótko mówić nawet osobom, uznającym Wolsunga za system pozerski i miejscami niedopracowany fabularnie, może się to spodobać. Autor zawarł bowiem to co najbardziej charakterystyczne w Wolsungu, czyli szansę na odegranie prawdziwego Bohatera i Bohaterki, a nie typowego kombinatora i chciwca. Tutaj postać gracza musi mieć osobowość, którą trzeba odgrywać i jest masa okazjiszans na to. Akcji, walki i magi jest tu również co niemiara. Widać, że autor czuje system i korzysta z niego w pełnym jego fabularnym wymiarze.

Dla mnie to świetny scenariusz, bo pozwoli na dużo zabawy i rozrywki bez smucenia, choć momentami już widać nadęcie i „Epicką Wielkość” wciskaną graczom łopatologicznie. Ale taki jest Wolsung. Można tego nie lubić, jak filmów z Jamesem Bondem. Ja lubię, więc jestem zachwycony.

Co do wad i jednocześnie zalet, to czasem odnosiłem wrażenie, że autor chce wszystko przewidzieć i ustalić, bo poziom dopracowania momentami onieśmiela i nie zostawia zbyt wielu furtek do ominięcia niektórych scen albo rozegrania ich inaczej, bo akurat gracze wykombinują coś po swojemuinaczej zrobią. Tylko to nie do końca jest wada, gdyżże dla tych MG, którzy lubią mieć wszystko, łącznie z przypuszczalnymi konsekwencjami każdego rozwiązania fabuły, to świetny scenariusz i wielka pomoc.

Dla mnie zwycięzca, bo choć to bardzo długi scenariusz, to widać klasę i grywalność, a nie udawanie opowiadanie. Moim zdaniem najlepszy pod względem grywalności scenariusz tej edycji konkursu.

Trzeba też pochwalić wplecenie mitologii Cthulhu w bardzo udany sposób. Jest wielkim plus i dodatkowy argument do chwalenie tej pulpowej mini-kampanii.

Dominika “Blanche” Stępień

Mój zdecydowany faworyt, zwycięzca absolutny tegorocznej edycji, a do tego scenariusz, w którym podoba mi się dokładnie wszystko. Prowadziłabym!
Najchętniej na tym zakończyłabym swój komentarz dotyczący “Złodzieja czasu”, licząc na to, że zmusi on do uważnej lektury nie tylko wszystkich zainteresowanych RPG-owym scenopisarstwem, ale także Mistrzów Gry szukających czegoś fajnego dla swoich drużyn. Mając jednak na względzie osobę autora spróbuję wysilić się i skreślić kilka słów na temat przygody. Postaram się nawet, aby nie były to wyłącznie pochwalne peany.
To, co pierwsze rzuca się w oczy to bardzo staranne przygotowanie pracy. Swego czasu ubzdurałam sobie, że idealny scenariusz RPG mieści się na 30 stronach, bo to długość, która z jednej strony pozwala przedstawić składnie średnio skomplikowaną intrygę, z drugiej natomiast sprawia, że czytający nie zasypia przed dobrnięciem do końca. “Złodziej czasu” zadaje tej teorii kłam. 62-stronicowy tekst czyta się z prawdziwą przyjemnością. Scenariusz jest napisany bardzo gładkim, miłym w odbiorze językiem – do tego stopnia, że przyjemności z czytania nie psują nawet pojawiające gdzieniegdzie literówki. Tekst jest uporządkowany, podzielony w logiczny sposób, który ułatwia orientowanie się w nim w warunkach bojowych, a więc podczas sesji. Wszystko jest dokładnie tam, gdzie być powinno.
Jestem sceptycznie nastawiona do scenariuszy, w których autorzy nie proponują gotowych, dopasowanych do opowieści bohaterów graczy, jednak “Złodziej czasu” pokazuje, że można ten problem sprytnie obejść. Scenariusz nie mieści się w jednej sesji – to mini kampania, rozpisana na 3 lub nawet 4 spotkania, a nie każdy gracz lubi wcielać się tak długo w gotowego bohatera, tym bardziej więc doceniam fakt, że autor pozwala graczom na wymyślenie własnych postaci. Jednocześnie omija problem ich ewentualnego niedopasowania do przygody proponując dla każdego bohatera związane z treścią scenariusza motywacje, dzięki którym każda postać bez problemu wejdzie w opowiadaną tu historię. Co ważne, motywacje nie tylko tworzą historię bohaterów, ale mają realny wpływ na to, co kogo spotyka na podczas sesji. Wspaniale!
“Złodziej czasu” to zresztą jeden z tych scenariuszy, który zachowuje idealną równowagę pomiędzy gotową fabułą a pozostawieniem możliwie największej swobody graczom. Ich działania nie są iluzoryczne, co więcej autor jasno podkreśla, że BG mogą ponosić porażki – tak w konfrontacjach odbywających się “w trakcie”, jak i w finale. Bardzo podoba mi się to, że działania drużyny mają realny wpływ na rozwój zdarzeń również z tej strony, której gracze nie widzą na pierwszy rzut oka – kolejne porażki sprawiają, że przyszłe starcia (nie tylko walki!) będą trudniejsze, sukcesy z kolei zmniejszają nieco trudność następnych wyzwań.
Warto podkreślić, że przygoda łączy w sobie wiele motywów – znajdziemy w niej klasyczne śledztwo, magię, technikę, motywy polityczne… Każdy gracz i każdy bohater znajdą tu coś dla siebie. Wszystko to zostało niezwykle umiejętnie ubrane w mechanikę Wolsunga. Autor proponuje ciekawe konfrontacje z fajnymi stawkami – widać to szczególnie, ale nie tylko!, w finałowym starciu z Klucznikiem.
Tak powinno się pisać scenariusze.

Mateusz Wielgosz

Kawał solidnej roboty, wszystko na swoim miejscu, rozmach, interesująca intryga, miejsce dla graczy, spora swoboda, kampania skrojona tak by działać zarówno jako jednostrzał i jako część przygód istniejącej wcześniej drużyny.

Wszystko jest tu na miejscu i bez zarzutów. Jakbym musiał na coś narzekać to chyba musiałbym pomarudzić na niestaranny podział na strony. Jak się łatwo domyślić nie wpływa to zbytnio na użytkową wartość tekstu.

Michał Laskowski

Murowany zwycięzca tegorocznej edycji i prawdziwy RPGowy diament. W zasadzie mogę jedynie wymienić mocne strony scenariusza- rozmach, świetna warstwa techniczna tekstu, klimat, fabuła dająca pole manewru graczom jednocześnie nie zmuszająca MG do improwizacji, rozbudowana warstwa mechaniczna, motywację pozwalające solidnie „zahaczyć” postacie w przygodzie jednocześnie pozwalając na granie dowolną drużyną. Na dodatek istnieją liczne możliwości kontynuacji scenariusza. W to trzeba zagrać!

Dawid Szymański

Mimo, iż uniwersum Wolsunga za bardzo do mnie nie trafia, autor scenariusza potrafił wyciągnąć z realiów niemalże drugie dno, czyniąc sam setting przygody co najmniej interesującym. Szczególnie ciekawie wypadają więc wątki Lovecraftowskie, zresztą od samego początku intryga wciąga i zachęca do brania w niej udziału: jest tajemnica, akcja, sensacja, śledztwo, magia. Motywacje postaci są klarownie wyłożone, a całe zawiązanie akcji zdecydowanie trzyma się kupy. Podoba mi się też forma narracji z interludiami, kiedy gracze muszą odgrywać nieswoje postaci – wprowadza to dość świeżą perspektywę, podobnie jak sceny posiadające kilka zakończeń istotnie wpływających na dalsze losy graczy. Całość kończy zaś spektakularny finał, będący idealnym zwieńczeniem nabierającej tempa wielowątkowej akcji. Samo czytanie scenariusza, bardzo przejrzyście zresztą napisanego, daje dużo satysfakcji, więc tym bardziej chciałoby się zagrać. Dodatkowo scenariusz jest dość wymagający – no ale przecież idzie o losy świata, a bohaterowie przy jego ratowaniu muszą wykazać się nie tylko umiejętnościami, ale m.in. obyciem politycznym i w wielu sytuacjach z pewnością poczują, że spoczywa na nich odpowiedzialność. Brawa dla autora za świetne poprowadzenie akcji, umiejętne wykorzystanie realiów i dobre wyważenie poszczególnych elementów, dzięki czemu otrzymujemy frapujący, oryginalny oraz napisany z głową i rozmachem scenariusz. Jak dla mnie zwycięzca.

Wilczy bilet

Scenariusz Konkursowy:

Wilczy bilet Paweł Marek Stasik

 

System: Wolsung

Setting: Czarnoborze

Gotowa mechanika: tak

Modyfikacje zasad: tak

Ilość graczy: 3-4

Gotowe postacie: nie

Ilość sesji: 1

Dodatki: mapki

Opis: Wilczy bilet to scenariusz do systemu Wolsung dla 3-4 graczy. Rozegranie go powinno zająć ok. 4-6 godzin w zależności od sposobu gry. Akcja toczy się w Czarnoborzu, zaczyna się podczas podróży pociągiem linii Orseaux-Atamapur.

Pokaż komentarze kapituły »

Mateusz Budziakowski

W sensie mechanicznym scenariusz bez zarzutu – drobiazgowe rozpisanie bohaterów, scenek, konfrontacji, miejsc. Kawał dobrego erpegowego rzemiosła, widać że autor przyłożył się do zadania. Minusem niestety jest sama oś wydarzeń, nieskomplikowanych, dodajmy – ale umiejętnie poprowadzona sesja może dać graczom i MG wiele satysfakcji. Drobne zgrzyty (literówki, odrobinę chaotyczne rozmieszczenie elementów tekstu, m.in. streszczenie dałbym na samym początku) nie przeszkadzają stwierdzić że tekst niemal zasługuje na określenie “dobry”.

Artur Ganszyniec

Jestem rozdarty w ocenie tego scenariusza: to świetna, klimatyczna, wykorzystująca kluczowe elementy i tematy settingu opowieść, która zapada się pod ciężarem swojej formy. Wprowadzenie i tło fabularne wystarczy, by przeciętny, zaznajomiony z Wolsungiem MG poprowadził dobrą przygodę. Mamy brwnych NPCów, kilka bardzo pamiętnych scen, ważne wybory i dramatyczne zwroty akcji.
Niestety, część mechaniczna jest jak betonowe buty ciągnące tekst na dno. Zasady wali w pociągu są w porządku. Ciąg konfrontacji finałowych niestety w porządku nie jest. W tym przypadku mniej znaczyłoby lepiej. Forma paragrafówki zaciemnia cel finału, MG zamiast porad co do tego, jak wykorzystać mechanizm konfrontacji do stworzenia emocjonującego, dramatycznego i mającego sens fabularny finału, dostaje drzewko wydarzeń, które poprowadzone w sposób dosłowny, może nie mieć sensu z punktu widzenia rozwoju wydarzeń dla konkretnej drużyny.
Mimo to, jest to dobry tekst. Żałuję, że nie bardzo dobry.

Paweł “Gerard Heime” Jasiński

Ten scenariusz w zamierzeniu miał być chyba emocjonującą, pełną soczystej mechaniki przygodą do Wolsunga, która w fajny sposób wykorzystuje elementy świata gry (Czarnoborze, lykantropy, Uhrwerki, berserkerów) i opiera się na elastycznym, sandboksowym II akcie, w którym wszystko się może wydarzyć. I wiele z tego wyszło – elementy świata Wolsunga wykorzystane zostały bez zarzutu. prócz tego MG otrzymał solidny kawał mechaniki wraz z zasadami dla dwóch nowych konfrontacji. Scenariusz jest bardzo ciężki jeśli chodzi o ilość mechaniki (wydaje mi się, że Wolsung był projektowany jednak z myślą o mniejszej ilości konfrontacji w ciągu jednej sesji) ale wierzę, że znajdzie swoich fanów. Niestety to, co mogło być największym powiewem świeżości na Quentinie, czyli właśnie sandbox, położyło scenariusz dokumentnie. Zamiast jakichkolwiek porad jak można przechodzić od sceny do sceny (czy właściwie od konfrontacji do konfrontacji) w II akcie, zamiast jakichkolwiek ram jak może wyglądać eksploracja settingu, otrzymujemy worek mechanicznych konfrontacji bez składu i ładu, bez żadnych wskazówek. Czasem w sekcji “Sukces” albo “Porażka” można znaleźć informacje co powinno wydarzyć się dalej, ale przebijanie się przez to jest mozolne i nieintuicyjne. Innym problemem jest ciekawa (i nieprzesadnie pretensjonalna) historia głównego łotra w którą przypadkowo pakują się bohaterowie, a której zdecydowanie brakuje ekspozycji. Choć MG otrzymuje ją sensownie opisaną, brakuje informacji jak i gdzie przemycać graczom strzępki tej wiedzy, by mieli ogląd na całość gdy dojdzie do dramatycznego finału. W przeciwnym razie Gerulf będzie tylko kolejnym, sztampowym szalonym złoczyńcą. Widać, że autor miał solidny zamysł na to, jak powinno się prowadzić “Wilczy bilet” – szkoda tylko, że nie był w stanie przełożyć go dobrze na papier. A szkoda, bo niewiele więcej pracy i mielibyśmy solidnego kandydata do finału. Wydaje mi się, że solidne testy zewnętrzne załatwiły by sprawę, bo autor już ma solidny warsztat i dobre pomysły, brakuje mu tylko zewnętrznego, krytycznego spojrzenia.

Michał Mochocki

Zalety:
– Przepięknie nakreślona sceneria gotyckiego Wolsunga.
– Atrakcyjny pomysł na bohaterów tła / przeciwników.
– Mnogość możliwych konfrontacji i spore pole manewru dla graczy w Akcie II i III.
– Gruntowna znajomość mechaniki Wolsunga i warsztatu MG, biorąca pod uwagę różny skład i siłę bojową drużyny i różne wersje podręcznika.
– Wstawki literackie w formie przebłysków podane nieinwazyjnie, na samym końcu. Nie psują orientacji w scenariuszu, za to stanowią ładną klamrę na zakończenie.

Wady:
– Parę niezręczności językowych: literówki, ortografy, pomylone imiona NPC-ów (Baldwin/Bernhard).
– Dodatkowe rodzaje wyzwań (rozeznanie + obrona) mogłyby być zaletą, ale po zastanowieniu zapisuję je po stronie wad. Nie przekonuje mnie potrzeba Rozeznania jako czegoś innego niż test Spostrzegawczości bądź Analizy. Zaś zasady Obrony, do których podszedłem entuzjastycznie, okazały się przekomplikowane. Przy tej liczbie zmiennych i zasad, które trzeba poznać i spamiętać; przy kilku rodzajach wilkołaków z ich spec-zdolnościami; przy kilku NPC-ach ze statsami i spec-zdolnościami; przy kilku obszarach o oddzielnych statystykach… nie wydaje mi się to grywalne. Byłaby z tego fajna gra planszowa czy komputerowa, ale na sesji RPG? Gdy trzeba jeszcze uwzględnić działania BG? Gdy gracze powinni poznać te nowe zasady na równi z BG, bo ich nieznajomość będzie spowalniać rozgrywkę? I to wszystko po to, by rozegrać jedną czy dwie niekluczowe sceny?

Wątpliwości:
– Nieprzejrzyście opisana fabuła. Historia BN-ów – w porządku. Sceneria – znakomita. Mechanika – dopracowana aż za bardzo. Za to fabułę Aktów II i III z trudem trzeba wyciskać z opisów NPC-ów i z kontekstów rozproszonych po konfrontacjach. Niby wszystko, co potrzeba, tam znajdziemy. Ale nie jest to łatwe w obsłudze. Przydałoby się uporządkować konfrontacje według scen i ścieżek decyzyjnych, bo przecież wiele z nich da się ująć w rozdziały i łańcuszki przyczynowo-skutkowe. Nie mam nic przeciwko sandboxom, tu jednak jak na sandbox jest stanowczo za mało przestrzeni interakcyjnej.

Jakub Osiejewski

To scenariusz bez scenariusza. Autor oddzielnie prezentuje antagonistów i ich motywacje, oddzielnie ich statystyki, oddzielnie miejsce akcji, oddzielnie wszelkie konfrontacje i mechaniczne wyzwania, a gdzieś między nimi tkwi fabuła przygody.

I wiecie co? To, moim zdaniem, działa. Z reguły tak przedstawione przygody ciężko się czyta, ale “Wilczy bilet” dokonuje niemożliwego – sprawia, że tekst jest dzięki temu bardziej zrozumiały i łatwiejszy w prowadzeniu. Forma tekstu jest więc na piątkę – albo i więcej.

Treść nie jest dużo w tyle za formą. Urzekł mnie sposób przebudzenia ludzkiej natury likantropów – czytać im książki w wilczej postaci. Mamy tu i nawiedzony zamek i czarnoborskie miasteczko, antagonistów przedstawionych w interesujący sposób. Wydaje mi się, że autor wychodzi z założenia, że kwestie nie-mechaniczne MG wypełni sobie sam. Dla mnie nie jest to wadą – tym bardziej że jest tu dość ciekawych opisów, by prowadzący mógł istotnie samemu przedstawić okolice czy postaci niezależne.

Ciekawy sposób prezentacji, intrygujący steam-gotyccy BNi, trudne wyzwania – czego chcieć więcej?

Tomasz Pudło

Ten scenariusz w przewrotny sposób przypomina jednego ze swoich bohaterów tła. Jest tak bardzo skoncentrowany na technikaliach, że gdzieś po drodze traci duszę. A szkoda, bo wszystko mogło skończyć się bardzo dobrze.

Zacznijmy od tego, że autor przez konstrukcję tekstu sam psuje jego odbiór. Wszystko jest tu pomieszane i nie na swoim miejscu. Zanim poznamy bardziej szczegółowy opis fabuły poznajemy rozbudowane zasady walki i obrony. Konfrontacje finałowe są opisane przed opcjonalnymi konfrontacjami z wcześniejszej części fabuły (sic!). Bohaterowie tła opisani zostali na samym końcu, finalne komentarze do tekstu znalazły się na samym początku (zanim jeszcze poznamy ciut szersze streszczenie wydarzeń i tło fabularne).

Gorsza od tego horrendalnego bałaganu jest tylko nonszalancja, z jaką ten tekst traktuje sceny czysto fabularne. Mianowicie – zasadniczo nie opisuje ich wcale. Brakuje tu pomysłu na rozegranie wstępu, brakuje opisu interakcji z bohaterami tła już na dworcu, wreszcie – i tu aż mnie zatkało – brakuje w zasadzie opisu najważniejszej sceny spotkania z władcą zamku. Takie podejście do sprawy skutkuje tym, że niby wiadomo jakie sceny mogą się wydarzyć, ale często nie wiadomo dlaczego. Po zakończeniu lektury nie wiedziałem np. jak może dojść do operacji (BG sami wpadają na ten pomysł?), co dokładnie Gerulf proponuje postaciom (w kluczowej scenie, od której rozpoczyna się finał!), ani w jakich okolicznościach gracze mogą sobie chcieć otworzyć bramę zanim pójdą do zamku (co jest bardzo ważne w późniejszej części scenariusza).

Moim zdaniem autorowi zabrakło kogoś, kto przeczytałby jego tekst i zadał sto pytań do. W zaprezentowanej formie czytelnik podczas lektury zgrzyta zębami. Szkoda, bo fabuła i tło są fajne, klimat również. Scenariusz da się łatwo wkomponować w kampanię, a do tego da się go rozegrać na jednej, sycącej sesji. Ciekawe są też dodatkowe zasady walki i obrony. Niby wszystko poukładane, ale jednak dla mnie nie zagrało.

Michał Smoleń

Intrygująca praca, świetnie ilustrująca różnicę pomiędzy fabularnym tłem scenariusza a faktycznym rozgrywaniem fabuły w kontekście sesji. To pierwsze należy do zalet tekstu – otrzymujemy nieźle spisaną i nieco pokrętną historię, w której nie brakuje interesujących bohaterów niezależnych o skomplikowanych motywacjach i dobrego rozpoznania klimatu Wolsunga, łączącego pewną groteskową przesadę z obecnością poważniejszych wątków.

A jednak… zamiast tradycyjnej fabuły i ciągu wydarzeń, w które uwikłani zostaną bohaterowie, otrzymujemy szczegółowy wykaz już nawet nie scen, a po prostu kolejnych konfrontacji, z pietyzmem i pasją opisanych mechanicznie. To projekt konsekwentny i radykalny. Wszystkie niekonfrontacyjne sceny zostają praktycznie opuszczone, przez co scenariusz przypomina trochę instrukcję do przygodowej gry planszowej (w tym kierunku idzie też nowy typ wyzwania, przypominający grę tower defence).

Wybór takiej ścieżki nie byłby jeszcze wadą, gdyby nie to, że zdaje się on wypływać w dużej mierze z braku wizji rozwoju wypadków w scenariuszu. Otrzymujemy bowiem lokacje, bohaterów niezależnych, zestaw pieczołowicie opisanych konfrontacji, ale czy łączą się one w spójną historię? Jak przejść od jednego punktu do drugiego? Prowadzący, pomimo powierzchownej drobiazgowości tekstu, może się poczuć pozostawiony samemu sobie. To on musi połączyć te wszystkie konfrontacje w spójną całość.

Z drugiej jednak strony, konfrontacje w Wolsungu same w sobie odgrywają kluczową rolę narracyjną. Nudne sceny ekspozycji z tradycyjnych scenariuszy są tutaj zastąpione konfrontacjami: pościg będzie zarazem opisem otoczenia, walka wzmocni nastrój zagrożenia, a dyskusje odkryją przez graczami charaktery i motywacje bohaterów niezależnych (choć będzie to wymagało od prowadzącego sięgania do ich opisów, zamieszczonych pod koniec tekstu).

Być może to specyficzna organizacja tekstu pogłębia wrażenie przytłoczenia fabuły przez mechanikę. Gdyby przemyśleć format, gdyby wyraźniej zaznaczyć umiejscowienie konfrontacji w rozwoju fabuły, gdyby uwypuklić ich znaczenie narracyjne – byłoby pewnie mniej kontrowersyjnie.

Podsumowując – Wilczy Bilet to specyficzny i warty uwagi (choć niekoniecznie pasjonujący w lekturze) tekst. Często zarzucam scenariuszom brak zasad i nadmiar scen statycznego opisu, w którym gracze mają niewiele do roboty. Tutaj autor poszedł zdaje się zawędrować zbyt daleko w drugą stronę, sprowadzając wszystkie wydarzenia do kostkowanych sekwencji. Być może w ten sposób, konsekwentnie stosując zasady z podręcznika, w pewien paradoksalny sposób zbliża się do granic naszego intuicyjnego pojmowania gry fabularnej?

Michał Sołtysiak

Wolsung coś w sobie ma, więc zawsze z przyjemnością czytam scenariusze do tego systemu. Czasem są przekombinowane, ale zazwyczaj widać w nich zabawę konwencją i nacisk na rozrywkę dla graczy i prowadzącego.

Tak jest też w tym przypadku. Mamy drużynę, gotycką wersję Transylwanii i wilkołaków co niemiara. Autor podszedł do przygody bardzo sumiennie rozpisując wszystko co można mechanicznie: postacie, konflikty, dodał mechanikę konfrontacji. Opisał wszelkie lokacji i dał mapy oraz ilustracje. Generalnie na pierwszy rzut oka: bardzo przyjazny scenariusz dla użytkownika. Trochę długi, ale przecież chodzi o dokładność dopracowania. Tak naprawdę fabuła będzie dość krótka. Dużo do czytania ma MG.

Sama historia również jest niegłupia i może dać szansę na wspaniałą sesję z walką, konfliktami socjalnymi, wspaniałymi opisami tła i BN-ów, a także wyzwaniami i problemami moralnymi. Spodobała mi się motywacja Głównego Złego i to, że sami gracze staną przed niezłym wyborem w finale. Krótko mówiąc: dobra historia.

Niestety jednak autor w swej benedyktyńskiej pracy zapomniał spojrzeć z boku. Nie zastanowił się wystarczająco, że dał czterdzieści cztery bite strony tekstu bez mapy. Brakowało mi grafu porządkującego fabułę, gdzie byłoby rozpisane które konfrontacje prowadzą do których wraz ze stronami. Tak bowiem mamy bardzo szczegółowo rozpisane wszystko co się da, ale można się łatwo pogubić. Czytelnik, a więc potencjalny prowadzący tonie trochę w nadmiarze informacji.

Dodatkowo straszliwie mocno widać, że mają rządzić tu kości, a nie fabuła. Czytając miałem wrażenie, że autor uznał, że wszystko można i należy załatwić rzutami. Pewnie, że dobry MG sobie poradzi, ale hegemonia kostkologii mocno doskwiera.

Niemniej jednak jest to pierwszy z naprawdę fajnych scenariuszy w tej edycji. Może autor da się namówić na zmiany, bo tekst ma klasę.

Mateusz Wielgosz

Początek mnie zachęcił, bo zapowiadał świetnie przemyślany i spisany tekst. Niestety później przyszło rozczarowanie. Mam wrażenie że przesadna sumienność autora zaowocowała paragrafówką. Tekst praktycznie wymusza wydrukowanie go, by można było mówić o komforcie korzystania. Wtedy jednak wygląda na przygodę do “przeturlania”, która milczy na temat jakichkolwiek łączników fabularnych. Nie mam przekonania na ile numerowane “klocki” będą się gładko kleić.

Autor czasem też chyba pisał do własnych myśli, przeskakiwał pewne informacje, regularnie też asekurancko pisze “masz spore pole manewru”, “ty kształtujesz wydarzenia” i temu podobne. W praktyce jednak mamy akt I w którym mamy przeturlać dwa segmenty, akt II w którym “róbta co chceta”, bo w akcie III i tak mamy drzewko konfrontacji.

To nie jest zła przygoda. Myślę, że może niektórym przypaść do gustu, ale zdecydowanie nie podbiła mojego serca.

Łukasz Fedorowicz

Gra językowa w tytule spodobała mi się od razu. Tło fabularne wciągnęło jak macką i pozwoliło bezboleśnie przebić się przez złożoną mechanikę obrony pociągu. I kiedy z napięciem oczekiwałem ciekawej historii, okazało się, że mam przed sobą bardzo luźno połączone sceny, z których fabułę muszę złożyć sam. I kiedy niczym szewc, pracujący z nieznanym materiałem, zacząłem składać poszczególne fragmenty, szybko okazało się, że z konstrukcji więcej wyziera dratwy niż licowanej skóry. Najbardziej rażącym przykładem wspomnianego niedoboru niech będzie to, że nie wiem, jak ma dojść do finału. Czytając rozrzucone jak w paragrafówce sceny i bohaterów próbowałem zrekonstruować jego strukturę. Na daremno. Dlaczego postaciom graczy ma zależeć na bohaterach niezależnych? Jakie znaczenie ma dylemat moralny postaci, skoro nie wiadomo, skąd wynika?

Sprawny język i bogate tło uginają się tutaj pod nieprzemyślaną strukturą, która ciąży czytelnikowi, miast go wspomagać. Szkoda to, bo widać kunszt w wielu detalach zarówno świata przedstawionego, jak i mechaniki. I tak scenariusz, który mógł być zwycięski, mogę zakwalifikować co najwyżej do średniaków.

Trzy damy

Scenariusz Konkursowy:

Trzy damy Marek Golonka

 

System: Wolsung

Setting: Ostria

Gotowa mechanika: tak

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: brak

Opis: Trzy obce sobie damy spotykają się przypadkiem i odkrywają, że łączy je taka sama historia życia. Jakim cudem trzy osoby mogą mieć tę samą przeszłość i nigdy dotąd się nie spotkać? Wydaje się, że odpowiedź zna wybitny psychoanalityk Siegfried Traur, ten jednak z jakiegoś powodu panicznie boi się dam i chcąc się ich pozbyć doprowadza do katastrofy.

Pokaż komentarze kapituły »

Mateusz Budziakowski

Raduje się galicyjskie (i lodomeryjskie) serce, gdy na Quentina przychodzą teksty w klimatach belle epoque. Zaserwowany w realiach Wolsunga scenariusz bardzo ładnie prezentuje zarówno nastrój roztańczonego Wiednia jak i stricte steampunkowy “bunt maszyn”. Pozytywna recenzja autora gry tylko to potwierdza.

Jak już ktoś wspomniał, scenariusz jest momentami naciągany, ale jeśli zawiesimy na chwilę wiarę w rzeczywistość i damy się wciągnąć w psychodeliczny (czy raczej – psychoanalityczny) pomysł autora, odnajdziemy potencjał wielu interesujących scen, choćby wymienić spotkanie Trzech Dam z Traurem czy Kolektywem Żelaznego Cesarza (Kanclerza?). Z uwagi na nacisk, kładziony na rysy charakterologiczne antagonistów, scenariusz daje szerokie pole do popisu zarówno dla Mistrza Gry jak i graczy. Duży plus za streszczenie scenariusza, rzecz w tej edycji nieczęstą.

Artur Ganszyniec

Intrygująco-oniryczna przygoda do Wolsunga z psychoanalizą w tle. Uroczy tekst, który dostarcza mnóstwo zabawy – głównie kosztem ś.p. Zygmunta Freuda. Poza tym jest również niezłym scenariuszem, grywalnym i opowiadającym ciekawą opowieść.

Sympatyczny, oparty na świetnym pomyśle kawałek niebanalnej rozrywki.

Bardzo dobre, chociaż (uczciwie ostrzegam) bardzo niszowe.

Paweł “Gerard Heime” Jasiński

“Trzy damy” to bardzo ciekawy scenariusz. Krótki, szybki i zgrabnie opisany jednostrzał, osadzony w onirycznym, niby-wiedeńskim settingu i okraszony freudowską psychoanalizą z przymrużeniem oka. Jestem szczerze oczarowany zgrabnym opisem settingu, kreacją antagonistów oraz protagonistów, oraz zgrabnym zawiązaniem akcji. Scenariusz, mimo dość nietypowego pomysłu, jest nieprzekombinowany i dość prosty – po mocnym wprowadzeniu, bohaterkom pozostaje połączyć elementy układanki i w toku trzech konfrontacji, zmierzyć się z antagonistami.

Czy coś w tym scenariuszu dało by się zrobić lepiej, pełniej? Z pewnością. Według mnie zabrakło trochę miejsca, by każda z dam pokazała swój indywidualizm i charakter – na przykład wyzwań, które każda z dam może pokonać na swój własny sposób. Zabrakło też trochę pomysłu na konfrontacje z trzema antagonistami, by nie były rutynową dyskusją, walką albo pościgiem. To oczywiście rola graczy by w kreatywny sposób podejść do wyzwania – ale autor jest nader skąpy w podsuwaniu klimatycznych pomysłów. A przecież aż prosi się, by Ilsa rzuciła Erosowi taneczne wyzwanie powołując się na to, że to ona była Królową Walca; Maike shackowała golemy cesarskie i uwięziła w ich obwodach logicznych Żelaznego Cesarza; Lea popisem swej poezji uświadomiła Walcowi Jesiennemu, że jego panowanie, tak jak panowanie wszystkich władców, skazane jest na porażkę.

Niemniej “Trzy damy” to pełna wdzięku i humoru, dobrze napisana przygoda oparta na ciekawym pomyśle. Może (ze względu na hermetyczną tematykę) nie jest przeznaczona dla wszystkich – moja rada to przeczytać i przekonać się samemu!

Michał Mochocki

Zalety:
– Genialny pomysł na intrygę i pochodzenie postaci, łączący smaczki psychoanalizy z klimatami i mechaniką Wolsunga. Psychoanalityk tworzący Prawdziwą Sztukę techniką luźnych skojarzeń – miodzio!
– Mimo imponującej wizji fabularnej, tekst nie jest zdominowany przez warstwę literacką. Z jednej strony, jest to spójna i pasjonująca opowieść, z drugiej – oferuje bohaterkom sporo przestrzeni do działania. Moim zdaniem, trzyma bardzo dobry balans między role play i gameplay.
– Autor z dużym wyczuciem opisuje potencjalne działania graczy, dzieli rozwój historii na etapy, odpowiednio dawkuje informacje o BN-ach i intrydze, a także przewiduje różne możliwości poprowadzenia niektórych scen. Znać rękę doświadczonego MG.

Wady:
– Pewien niedosyt pozostawiają konfrontacje z Erosem, Tanatosem i Id, są bowiem mało zróżnicowane. Mimo radykalnie odmiennej natury, każdego w zasadzie można indywidualnie “podejść” tym samym sposobem. I dlaczego Eros skupia się na tańcu, strojach i pijaństwie, a zdaje się całkiem pozbawiony erotyki?

Jakub Osiejewski

Trójka bohaterów przemierza nocną, groteskową Wolsungową metropolię, odkrywając przy tym, że nie są tym, za czym się uważają. Taki scenariusz został przysłany na konkurs w zeszłym roku. Gdybym nie rozpoznał stylu autora, mógłbym naprawdę powziąć podejrzenia o plagiat.

Żarty żartami, ale pomimo podobieństw w warstwie fabularnej, ten scenariusz jest nieco bardziej złożony niż “Niedokończeni”. Zamiast mrocznego klimatu grozy mamy tu lekkie, oniryczne opisy, przygoda jest bardziej osadzona w wolsungowych nierealiach… Autor się rozwija!

Bardziej więc boli fakt, że w tej edycji również zamiast odkrywania tożsamości postaci, centrum uwagi jest walka z okolicznościami zewnętrznymi. W gruncie rzeczy starcie z wcielonymi bytami Tanatosa, Erosa i Superego mogą rozegrać trzy dowolne inne postaci, zaś istnienie bohaterek graczy lub nie nie jest kluczową kwestią niniejszej przygody. Co dziwi, bo jest to sympatyczny motyw – a tutaj robi wrażenie barokowego “konceptu” wtłoczonego na siłę, by oczarować czytelnika. Przykro mi, nie jestem zachwycony.

Tym niemniej, bohaterki graczy są bardzo sympatyczne, Traur groteskowy, a antagoniści i atmosfera szalonego Wiednia przeurocza. To naprawdę dobry scenariusz, a moje marudzenie nie powinno wpływać na jego ocenę.

Tomasz Pudło

Trzy damy to scenariusz, którego zamysł udało się skutecznie zrealizować. Czuć tutaj oniryczną atmosferę; bohaterowie i wydarzenia pasują do siebie, a tekst jest jednocześnie czytelny i dość rozbudowany, by można było z jego pomocą poprowadzić udaną sesję. Krótko mówiąc Trzy damy to sukces scenopisarski autora i za to należą mu się gratulacje. Gratulacje tym większe, że typowy oniryczny scenariusz przychodzący na Quentina to stek bzdur i nielogiczności maskujący miałkość fabuły. Tu przeciwnie – fabuła może być dla graczy ciekawym punktem wyjścia do snucia posesyjnych rozważań.

Mi szczególnie podobały tu się sceny otwierające, w których historia trzech dam przeplata się elegancko, a gracze jednocześnie poznają bohaterów tła, którzy ponownie pojawią się w późniejszych scenach.

Jeżeli miałbym wskazać coś, co moim zdaniem można by poprawić, to byłyby to sceny wskazówek. Nie dlatego, że są złe, ale dlatego, że jest ich moim zdaniem za mało, a na dodatek autor scenariusza sugeruje, by użyć ich w ostateczności. Ale dlaczego, skoro to one tworzą materię scenariusza i pozwalają postaciom graczek poczuć atmosferę miasta zanim wdadzą się one w ostateczne konfrontacje?

Po zakończeniu lektury odniosłem wrażenie, że po sesji zostawałoby duże poczucie niedosytu, a przynajmniej ja takie miałem – dobre rozpoczęcie, mocna scena na cmentarzu, a potem szybko-szybko ku finałowi. Krótko mówiąc moim zdaniem największym problemem tego scenariusza jest tempo.

Niemniej jednak jest to tekst, który czyta się z przyjemnością i na podstawie którego łatwo można poprowadzić wyjątkową sesję.

Michał Smoleń

Przygoda o specyficznym klimacie: nie każdemu się spodoba, ale zasadniczo warta uwagi. Wyjście od teorii Freuda to dobry pomysł – z jednej strony, zapewnia ona bazową strukturę przygody i postaci, z drugiej, jest na tyle znana, by duża część graczy dostrzega i doceniła nawiązanie (kiedy już wyjdzie ono na jaw). To zasadniczo dobry przykład wykorzystania popkulturowej teorii w scenariuszu – psychoanalityczny wątek nie przytłacza fabuły, głębsze oczytanie nie jest niezbędne, a jednocześnie przygoda zachowuje się pewne wątki i specyfikę sposobu myślenia (choć nie obyło się bez irytujących uproszczeń), który to sposób myślenia jednocześnie blisko związany jest z settingiem (quasi-Wiedeń początku XX wieku). Plus.

Mamy bohaterki, mamy wrogów, ale czy mamy przygodę? Czasami w tego typu scenariuszach całość dominuje nad fragmentami, poszczególne sceny okazują się prostą realizacją zasadniczego schematu, nie odkrywającą nic nowego. I choć Trzy damy w pewnym stopniu cierpią na tę przypadłość, znalazło się tu jednak wystarczająco dużo treści, by zapełnić jednorazową sesję. Z jednej strony, trochę szkoda, że po rewelacji na temat statusu bohaterek ich uwaga błyskawicznie odciągana jest przez antagonistów (z którymi na dobrą sprawę zawalczyć mogłaby dowolna drużyna niezwykłych pań i dżentelmenów), ale z drugiej pozwala na odegranie problemów egzystencjalnych „fałszywych” osób już podczas konkretnych wydarzeń, dzięki czemu może udać się połączenie „refleksji” z zachowaniem tempa akcji (jak sugeruje to sekcja opisująca sesję poprowadzą przez autora – choć może dałoby się umieścić więcej zalążków takich przeżyć jeszcze podczas właściwego tekstu przygody).

Miasto opanowane przez trzy wyzwolone siły to barwna arena finałowych konfrontacji, nawet jeżeli skala przekształceń i oniryczność trochę przekracza w skali standard z przygód do Wolsunga. Do tego epilog powinien nieźle zwieńczyć przygodę i ponownie skierować światło reflektorów na bohaterki. Nie jestem zachwycony, ale trudno odmówić Trzem damom uroku, konsekwencji i niezłego wykonania.

Michał Sołtysiak

Napiszę tak: nachachmęcone, nakręcone, miejscami przekombinowane ale fajowe. To jest jeden z moich dwóch faworytów.

Pomysł Trzech Dam jest świetny, trzy części jednej ludzkiej osobowości jako trzy różne postacie, realnie funkcjonujące w Wolsungowej Austrii. Wprawdzie odrobinę brakuje mi lepszych narzędzi dla graczy, żeby naprawdę wspierać mechanicznie różnice osobowości pomiędzy nimi, ale może to MG naprawi dodając coś od siebie. Autor mógł jednak lepiej to pokazać i przygotować więcej scen, gdzie to widać, a w samych postaciach dopracować przewagi, żeby sami gracze już od strony mechanicznej czuli, że w czymś są lepsi i co podkreśla psychologię ich postaci. Pewnie, że nie można im powiedzieć kim grają, ale przy tak ambitnym i fajnym pomyśle trzeba coś wykombinować, by nie rozmyła się idea postaci.

Podoba mi się również nastrój przygody, bo liczne sceny podkreślają Cesarsko-Królewski Austrowęgierski klimat, gdzie bon ton itd., ale niedługo będzie wojna. Przydałoby się więcej: tu puść Straussa, tu wypij łyk kawy z filiżanki, ale to subiektywny detal. Widać, że to nie jest uniwersalny kraj w Wolsungu, a przygoda dużo by straciła, gdyby ją rozgrywać gdzie indziej.

Muszę też pochwalić dopracowanie i barwność fabuły. Może wyjść z tego świetna sesja i masa zabawy.

Krótko mówiąc jeden ze scenariuszy, w który należy zagrać lub go poprowadzić dla samej radości rozegrania dobrej fabuły z pomysłem.

Mateusz Wielgosz

Imponująca praca. Odważny pomysł – czyli bardzo nietypowa drużynach trzech niezwykłych dam i Traur. Rozmach – czyli trzy byty stawiające miasto na głowie. Sytuacje i konfrontacje są ciekawe i odpowiednio zróżnicowane (przynajmniej w warstwie estetyczno-opisowej).

Całość solidnie i schludnie spisana. Nie mam niestety przekonania czy bohaterki są odpowiednio zagospodarowane. Owszem zostały dobrze opisane, mają swoje kompetencje, ale można odnieść wrażenie, że pomijając spotkanie na cmentarzu, gdyby inaczej zaaranżować otwarcie przygody, scenariusz można by rozegrać dowolną drużyną. W pewnym sensie można to uznać za zaletę. Skoro jednak mamy gotowe postacie, to troszkę szkoda, że nie mam poczucia o ich nieodzowności.

Łukasz Fedorowicz

Niezwykły pomysł w intrygującym ujęciu. Pierwsze odwołanie do Freuda powoduje lekki błysk w oku: to już było, ile można. Okazuje się jednak, że zamysł nie przytłacza całości. Co więcej, stanowi zarówno ciekawe przedstawienie realiów świata (Sztuka jako urzeczywistnianie nieistniejącego) jak i solidne spoiwo fabularne, nadające pracy strukturę. Doceniam misterne wprowadzenie postaci niezależnych preludiach każdej z dam, wykorzystanie mocnych stron bohaterek i mechanikę wspierającą opowieść. Urzeka pomysł i jego rozwinięcie fabularne. Szczególnie podobało mi się, że większość domyślnych konfrontacji to dyskusje. Świetnie wpisuje się to w opowieść o damach odkrywających przerażający sekret. Uwierał mnie zaś oniryczny charakter scenerii (będący chyba trademarkiem tej edycji) i język mający tendencję raczej do gmatwania scen, niż ich wyjaśniania.

To bardzo eleganckie ujęcie steampunkowej przygody. Jest ciekawa, niestandardowa i ma ogromny potencjał na sesji. Zaliczam ją niniejszym do grona faworytów.

Niedokończeni

II Wyróżnienie:

Niedokończeni Marek “Planetourist” Golonka

 

System: Wolsung (autorska, uproszczona mechanika)

Setting: Wolsung, Wolne Miasto Cierń

Gotowa mechanika: tak

Modyfikacje zasad: tak

Ilość graczy: 4

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: karty postaci, mechanika, klucze

Opis: Szalony naukowiec zdradził i porwał swoją byłą mentorkę! Niezwykłe Damy i Dżentelmeni ruszają jego tropem, jednak w jego tajnym laboratorium dochodzi do potężnego wybuchu. Wygląda na to, że z katastrofy ocalała tylko grupka golemów nic nie wiedząca o swoim stwórcy – i to właśnie one są bohaterami tej historii. Czy uda im się odkryć, po co powstały?

Pokaż komentarze kapituły »

Mateusz Budziakowski

W tym roku mamy jakiś urodzaj na teksty, mówiąc górnolotnie, stawiające pytania o człowieczeństwo. “Macki…”, “Serca Golemów”, oraz niniejszych “Niedokończonych”. Koncept świeży (wolsungowe “Igory” poszukujące wiedzy o swoim pochodzeniu), mający ogromny potencjał zwłaszcza w wykonaniu doświadczonych graczy (nie widzę go natomiast zbytnio jako “intro” do świata gry, rzecz jest zbyt wysmakowana a zarazem uniwersalna. Plus za mechanikę (klucze). Może spodobałby mi się jeszcze bardziej gdyby był na serio, mniej z przymrużeniem oka? Mimo wszystko jest to jeden z moich zdecydowanych faworytów.

Artur Ganszyniec

Godny uwagi scenariusz do silnie zmodyfikowanego Wolsunga. Duży plus za mechanikę bardzo silnie związaną ze treścią scenariusza – pomysł z rozwinięciami i tworzeniem na bieżąco gadżetów jest super. Dostajemy czytelnie opisane założenia sesji, rady co do rozwoju postaci, przejrzystą strukturę przygody i wnioski z testowych sesji. Udaną całość wieńczy satysfakcjonujące zakończenie. Mam drobny problem z wyczuciem klimatu – wstęp zapowiada mrok i groteskę, a tekst dostarcza raczej dobroduszną satyrę – ale ogólnie bardzo dobry kawałek tekstu.

Paweł “Gerard Heime” Jasiński

Bardzo zgrabny jeśli chodzi o formę, świetnie uporządkowany scenariusz, z odnośnikami do scen – takie mi się czyta najprzyjemniej! Scenariusz od samego początku intryguje swoim pomysłem. Pierwsze skojarzenie – “Łowca Androidów w wersji lite”.

Z czasem jednak doskonałe wrażenie trochę się psuje. Niektóre decyzje designerskie budzą wątpliwości. Czemu Wolsung? Autor odrzuca oryginalną mechanikę gry czy nawet takie elementy systemu, jak rasy. Rozumiem, że takie elementy jak Klucze zaproponowane w nowej, autorskiej mechanice stanowią bardzo ważny element budowania tej opowieści. Problem polega jednak na tym, że (pomijając golemy i ich historię) scenariusz jest oparty o masę scen akcji – mamy ucieczki, walki, włamanie do pilnie strzeżonego kompleksu. Tu oryginalna mechanika Wolsunga sprawdziłaby się o wiele lepiej. Zwłaszcza, że sceny opisane tak, jak teraz i rozstrzygane pojedynczymi rzutami k6 są mocno przeciętne – stanowią tylko i wyłącznie pretekst do powiedzenia czegoś więcej o bohaterach.

Podoba mi się fakt, że autor najwyraźniej testował swoją przygodę i wyniósł z tych testów wnioski, które zaimplementował w scenariuszu. Dziwię się, że w trakcie testów nie wyszło to, czego się obawiam najbardziej: że bohaterowie zorientują się zdecydowanie zbyt wcześnie o swojej przeszłości.

Największą wadą scenariusza jest jednak zakończenie. Oczekiwałem jednak czegoś o wiele bardziej dramatycznego i poruszającego. Najbardziej niewykorzystana wydaje mi się postać Lucjusza, która ma szansę przejść ciekawą transformację w trakcie opowieści, a po finałowym wyjawieniu – wejść w dramatyczny konflikt z resztą drużyny. Autor jednak zupełnie rezygnuje z takiego rozwiązania. Opowieść która mogłaby być wzruszającą historią o człowieczeństwie i wolnej woli (przecież taką się wydaje na początku!) staje się “tylko” bardzo poprawną opowieścią o odzyskaniu swojej przeszłości. Jest to zdecydowanie dobry scenariusz i wybija się z tłumu innych, ale nie wiem czy zasługuje na tytuł “tego najlepszego”.

Michał Mochocki

Bardzo fachowo stworzona przygoda. Autor znacznie upraszcza mechanikę Wolsunga, dodaje za to własną, golemiczną, z Kluczami i Gadżetami, która świetnie pasuje do całokształtu. Przemyślany i precyzyjnie przedstawiony jest podział na sceny i alternatywne ścieżki wiodące do finału. A jak samo “mięso” przygody? Nie umiem jednoznacznie ocenić. Bo i sam scenariusz nie umie się zdecydować, w jakiej jest konwencji. Pomysł z duszami w golemach dobry i nośny, jednak niedostatecznie wykorzystany. Stopniowo poznawana przez golemy historia ich powstania, jak i pełne “odrodzenie” w finale ciągną ku mroczno-nostalgicznej opowieści o poszukiwaniu tożsamości i życiu po śmierci. Taki wolsungowy “personal horror”. Ale prawie cała reszta przygody to szybka, a czasem groteskowa akcja z pościgami, walkami ulicznymi, skradaniem i włamywaniem. Przy czym wróg bywa albo zbyt silny i trzeba się poddać, albo tak naprawdę nie jest wrogiem i lepiej go oszczędzać. Obawiam się, że mimo świetnych pomysłów, sesja może nie spełnić oczekiwań ani miłośników akcji, ani fanów introspekcji wewnętrznej. Szkoda też, że nie ma miejsca na rozwinięcie konfliktu wszyscy-kontra-Lucjusz.

Jakub Osiejewski

Najlepiej Niedokończonych podsumował sam autor – “skomplikowana przygoda o prostej fabule”. Tym niemniej, to jeden z lepszych testów tej edycji. Gracze w “Niedokończonych” mogą jednak przez dłuższy czas nie zorientować się w swojej naturze, i MG będzie musiał starać się, żeby nie wyszło to na jaw za szybko. (Jako komiksowemu nerdowi przygoda nieodparcie kojarzy mi się z komiksem Metal Men, gdzie przez sporą część wesołej Srebrnej Ery postaci były śmiesznymi robotami, zaś w ponurych latach osiemdziesiątych “nagle okazało się” że istotnie miały one osobowość rodziny ich twórcy.) Mam lekką nadzieję, że w pewnym momencie pytanie “kim jesteśmy” przerodzi się w “kto jest kim”. Może, gdyby autor dorzucił jeszcze jedną postać do Łowców…

W przygodzie irytuje mnie nie tyle liniowość (w śledztwie idziemy zawsze przecież od tropu do tropu), co pewne wymuszone przekazywanie wiedzy. Po części płynie to z samej natury golemów (co ma spory sens), ale zbiegi okoliczności (bohaterowie przypadkiem natykają się ponownie na Olivię) są zbyt wydumane i abstrakcyjne. Po drugie brakuje mi nieco czegoś w rodzaju “drugiej strony postaci”, czegoś, co nieco ubarwi ich ludzkie tożsamości. Co popchnęło Lucjusza na ciemną stronę mocy? Co myślał Gabriel o Wandzie?

Wszystkie te wady bledną jednak przy widowiskowym zakończeniu, które doskonale łączy tematykę przygody, poszukiwanie tożsamości (zombie! doskonały pomysł!) z naprawdę niezłym rozwiązaniem mechanicznym. Przechodzenie od konwencji komediowej do horroru bardzo ładnie podkreśla groteskowe elementy grozy i niepokoju.

System prowadzenia golemów jest bardzo sympatyczny, widziałbym coś takiego np. na pierwszych sesjach na obozie growym. Autorowi chwali się przemyślenie i przetestowanie pomysłów. System kluczy idealnie nadaje się do poszukiwania własnego ja. Ogólnie to jedna z lepszych przygód w tegorocznej edycji.

Tomasz Pudło

Niedokończeni to z całą pewnością zacny scenariusz. Jest to też kolejny w tej edycji tekst, którego chciałbym zobaczyć więcej. Ale po kolei.

Tekst jest świetnie przygotowany. Mamy tu zarys informacji dla graczy i notki dotyczące ich postaci. Bardzo podoba mi się fakt, że autor używa własnej, prostej mechaniki, która we wspaniały sposób akcentuje przemiany w postaciach graczy. Jest też wstęp i zarys fabuły. Jeżeli czegoś brakuje, to mapy scen – z nią o wiele łatwiej byłoby śledzić przejścia od sceny do sceny (teraz można się pogubić) i może autor nie ponumerowałby dwóch osobnych scen numerem 8. Nie trafia też do mnie metoda opisywania scen z nakreśleniem celów prowadzącego i graczy, ale to detal.

Moje wątpliwości budzi umieszczenie akcji w Wolsungu. Moim zdaniem sugerowana mroczna atmosfera sesji nie do końca zgrywa się z oczekiwaniami co do Wolsunga (damy i dżentelmeni + akcja), inna jest też mechanika. Gdyby byłby to jakiś autorski świat fantasy można by bardziej zaszaleć z epilogiem. Ascii golemy, choć bardzo zabawne, też nie pasują do poważnej atmosfery.

Czytając pierwsze strony tego scenariusza wydumałem sobie scenę finałową jako swoiste połączenie metagry i gry właściwej. Finałowa scena ma moim zdaniem olbrzymi potencjał – w końcu w chwili ujawnienia prawdy o wydarzeniach w laboratorium Lucjusza ścierają się ze sobą dwie wizje postaci – ta, którą miał scenarzysta, i ta, którą we własnej głowie stworzył prowadzący postać gracz. Gracz musi wybrać – czy ważniejsza dla niego jest jego własna wizja czy “prawda” ze scenariusza. Niestety – scenariusz bardzo mało eksploatuje ten motyw i właśnie dlatego napisałem, że chciałbym go zobaczyć więcej. Chciałbym więcej scen, w których golemy muszą określić się kim są tu i teraz (jak ta z małym Adasiem), by potem musiały skonfrontować je z wydarzeniami z przeszłości. A skoro ta konfrontacja musi nastąpić, to chciałbym, żeby o tej przeszłości było wiadomo więcej. Dlaczego Lucjusz stał się zły? Jak to wpłynęło na jego brata, Gabriela i Wandę? Dlaczego porwał Rebekę? Do czego chciał jej użyć? Dlaczego nekrogolemy atakują bank?

Nic z tego, scenariusz nie precyzuje, a mógłby. Bardziej szczegółowe nakreślenie dążeń bohaterów sprzed nieudanego eksperymentu pozwoliłoby też na łatwiejsze nakreślenie epilogów dla postaci. W obecnym kształcie po scenie finałowej widzę tylko pustkę. A co z dalszymi planami skorumpowanej policji? Jak zachowa się Olivia? Jak zareaguje korporacja? Co z dawnymi uczuciami między postaciami? Moim zdaniem za dużo rzeczy jest tylko zasugerowanych w tym scenariuszu.

Nie mam natomiast zastrzeżeń do koncepcji utraty pamięci i zbyt szybkiego rozgryzienia zagadki przez graczy – z własnego doświadczenia wiem, że skupianie się na kreowaniu postaci w locie i tworzeniu naszej własnej jej wizji rozprasza na tyle, że czasem nawet najoczywistsze wskazówki mogą się okazać trudne do zauważenia. Zręczny prowadzący będzie w stanie tak manewrować tym scenariuszem, by ostatecznie tajemnica postaci wyjaśniła się dopiero w scenie finałowej, czyli tak jak chce autor. A nawet jeżeli nie, to odgadnięcie przez graczy zagadki da im satysfakcję i możliwość lepszego wykorzystania zdobywanych w jego trakcie informacji.

Także w skrócie – superfajny tekst, bardzo dobrze przygotowany, który daje smaka na doskonałość, a jest tylko dobry.

Cytacik: zobaczcie sobie ascii-golemy, hi hi

Michał Smoleń

Scenariusz o licznych zaletach, który jednak nie satysfakcjonuje mnie w pełni.

Zacznę może od ich wymienienia. Niedokończeni opierają się na bardzo konkretnym pomyśle, który jest konsekwentnie realizowany: znajdziemy tutaj autorską mechanikę, mającą wspierać określone zachowania, odpowiednie porady dla graczy. Sam pomysł jest także niewątpliwie interesujący, całkiem Wolsungowy, ale również oryginalny. Tekst został na dodatek spisany w sposób estetyczny i wygodny dla prowadzącego. Nic, tylko usiąść i grać…

… no właśnie. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że miękkie wnętrze Niedkończonych nie dorasta poziomem do ogólnego konceptu. Konkretne wydarzenia, które dzieją się w trakcie przygody, nie są po prostu aż tak interesujące. Problemem jest chyba także to, że (SPOILER!) „golemiczność” postaci jest przez większość scenariusza problemem poznawczym, a nie emocjonalnym. To stosunkowo prosta do rozwiązania zagadka, a nie wyzwanie filozoficzne. Ten ostatni wątek pojawia się oczywiście w finale, ale wcześniej zabrakło mi scen, wskazujących na problematyczność sytuacji bohaterów graczy. Przykładowo, po spotkaniu nekrogolemów, BG mają postawić sobie pytanie: „dlaczego te maszyny nas słuchają?”. Tymczasem dla mnie ciekawsze byłoby pytanie: „co różni nas od tych pozbawionych wolnej woli narzędzi?”. Jasne, można by powiedzieć, że nadmiar erpegowej Głębi nie pasuje do Wolsunga. Jednakże w ten sposób nie pełni wykorzystany zostaje potencjał całego golemicznego wątku.

Mimo to – bardzo dobry scenariusz, być może spisywany nieco w pośpiechu?

Michał Sołtysiak

Szukałem swojego faworyta i początkowo znalazłem go pod niby pechowym numerem 13, gdyż to trzynasty tekst w tej edycji. We wstępie scenariusz ten została opisany jako uproszczona przygoda o Naprawdę Niezwykłych Dżentelmenach i Damach. Potem zaś autor wspaniale wywiązał się z zadania napisania tekstu na konkurs. Trudno mi znaleźć jakieś duże wady, niedoróbki itd. Przygoda mnie urzekła wewnętrzną spójnością, klimatem, interakcją pomiędzy graczami i przyjaznością dla użytkowników.

Niedokończeni to przygoda do Wolsunga, dziejąca się w Slawii, gdzie głównymi bohaterami są golemy (choć w toku fabuły wyjaśnia się, że nie do końca możemy ich traktować jak roboty). Postacie graczy obudziły się w mechanicznych ciałach, bez pamięci i pomysłów czemu są „mechniczni” i czy to tylko wrażenie, czy naprawdę obdarzeni są ludzką świadomością oraz wolną wolą.

Potem zaś, jako że cały świat uważa ich za sługusów łotra, będą uciekać i odkrywać kolejne wskazówki kim są i co spowodowało ich obecną sytuację. Autor przygody wspaniale przygotował tło i Bohaterów Niezależnych, którzy nie dość, że wiedzą dużo więcej o samych postaciach graczy, to jeszcze bardzo zgrabnie ułatwiają graczom odkrywanie tajemnicy.

To właśnie wewnętrzna spójność bardzo ciekawej fabuły jest największa siłą scenariusza. Tutaj każdy element czy to fabularny czy mechaniczny wspiera rozwój akcji i jest powiązanych z tokiem fabuły. Nie ma dziur fabularnych, nie ma epatowania wspaniałymi pomysłami autora, które i tak nie odgrywają żadnej roli w przygodzie, jak to się często spotyka. To filmowy i bardzo dobrze przemyślany scenariusz, gdzie na głównym planie są postacie graczy i to na nich skierowane są wszelkie reflektory. Zasady rozwoju kluczy osobowości wspierają zaś interakcje w drużynie i finał może być wielkim zaskoczeniem dla graczy, gdy odkryją, jak wyglądały zapomniane przez ich postacie koleje losu drużyny. Aż chce się prowadzić.

Jak dla mnie bomba i finalista. Polecam.

Njważniejsze zalety: Wspaniale dopracowana i spójna fabuła dla ciekawych postaci dla graczy.

Najważniejsze wady: Brak.

Dominika “Blanche” Stępień

„Niedokończeni” to pod każdym względem co najmniej poprawnie, jeżeli nie bardzo dobrze, skonstruowany scenariusza. Na początek: czytelnik obcuje z estetycznie złożonym, chociaż pozbawionym ozdobników pdf-em – biorąc pod uwagę, jakie perełki pod względem wizualnym pojawiły się w tej edycji „Niedokończeni” mogą wypadać nieco blado nadrabiają jednak stroną praktyczną. Tekst jest bardzo przyjaźnie poukładany. Już strona tytułowa podaje wszystkie podstawowe informacje dotyczące scenariusza, a spis treści ułatwia poruszanie się po nim. Kolejność następujących po sobie sekcji jest logiczna (przynajmniej dla mnie), co więcej jasno podzielono informacje przeznaczone dla graczy i dla MG. Dzięki temu Mistrz Gry może oszczędzić czas przy przygotowaniach – zamiast czytać selektywnie i przekazywać graczom to, co mogą wiedzieć po prostu wręczy im wydrukowane kartki. Tego typu praktyczne rozwiązania to zawsze ogromny plus.

Sama przygoda opiera się na motywie poszukiwania własnej tożsamości przez bohaterów graczy. W zamierzeniu utrzymana ma być w dość poważnym tonie, przez co pewne obawy może budzić wybór systemu – Wolsung kojarzy się jednak z nieskrępowaną, efekciarską zabawą. To chyba jedyna kwestia, która budzi moje wątpliwości. Autor wziął ją jednak pod uwagę. Przede wszystkim, zmodyfikował mechanikę, tak, aby wspierała założenia scenariusza. Wprowadzenie kluczy i wyrzucenie ciągnących się w nieskończoność konfrontacji to świetny pomysł i jestem pewna, że dobrze zadziała na sesji. Dodatkowo, autor radzi porozmawiać z graczami przed sesją (jeżeli są przyzwyczajeni do lekkich sesji w Wolsunga) lub stopniowo, ze sceny na scenę, wprowadzać coraz cięższy klimat. Takie wyłożenie kawy na ławę może wydawać się słabym pomysłem, bo odkryje przed graczami rąbek tajemnicy, ale na pewno pomoże w utrzymaniu odpowiedniego klimatu. Szkoda natomiast, że w scenariuszu nie znalazło się kilka wskazówek, dotyczących sposobu prowadzenia (np. na kształt tych z „W wielkim świecie”).

Gotowa drużyna golemów, za ludzkiego życia powiązanych jest świetna. Z jednej strony, ze względu na przydział kluczy każdy może pełnić w drużynie nieco inne funkcje, z drugiej natomiast, może dojść do delikatnych, podkręcających dynamikę sesji spięć, np. na tle dowodzenia. Raczej nie ma ryzyka, aby gracze nie zdecydowali się współpracować – sytuacja startowa skłania do trzymania się razem. Bardzo podoba mi się również zaczerpnięty z Lady Blackbird rozwój postaci i to, w jaki sposób zostanie użyty fabularnie w ostatniej scenie.

Sama fabuła to nie tylko ciąg zdarzeń, co punkt startowy i końcowy oraz wskazówki porozrzucane pomiędzy nimi. Bohaterowie zaczynają jako istotny nieznające swojej przeszłości, zaś kończą poznając prawdę, w środku natomiast znajdują się NPC-e i sytuacje, które mają pomóc graczom dojść do zakończenia i których kolejnością można dość dowolnie żonglować. Zabieg ten ukrywa liniowość historii, a ponadto pomaga pomóc MG w improwizowaniu i reagowaniu na poczynania graczy. Osobiście bardzo lubię tego typu scenariusze – są bardzo wygodne w użyciu. Tu dodatkowo pomaga fakt, że sceny i ich warianty zostały wygodnie rozpisane (schematem znanym z Wolsunga). Jedyne, czego mi zabrakło jakieś alternatywne zakończenie – co może się stać, jeżeli graczom nie uda się poznać swojej prawdziwej tożsamości?

Fabuła może wydawać się nieco zbyt prosta – być może przydałaby się jakaś zmyłka lub drugi wątek, którym można by zająć graczy. Z drugiej jednak strony, jeżeli przygoda przeznaczona jest na krótką, pojedynczą sesję (3-4 godziny) komplikowanie historii mogłoby nadmiernie ją rozciągnąć. Sądzę, że podczas sesji poprowadzonej w odpowiednim, sugerowanym przez autora tempie nawet doświadczonej drużynie może ta prostota umknąć.

NPC-e to całkiem barwna zbieranina. Podoba mi się to, że prawie wszyscy są w jakiś sposób związani z bohaterami sprzed przemiany – przez to wiedzą o golemach więcej, niż one same. To pomoże MG podrzucić jakąś dodatkową wskazówkę, jeżeli gracze nagle utkwią w martwym punkcie, poza tym powinno działać jako niezła motywacja w dążeniu do celu. Przy całej swojej funkcjonalności bohaterowie niezależni nie są pozbawieni własnego charakteru i celów – super!

Cóż tu dużo mówić, „Niedokończeni” to dla mnie murowany finalista, a w swojej kategorii krótkiego jednostrzału – wyśmienita praca.

Mateusz Wielgosz

Mamy w tej edycji sporo scenariuszy z dobrymi pomysłami, niestety nie zawsze podoba mi się ich realizacja. Tu jest całkiem dobrze, choć mam pewne obawy i drobny niedosyt. Bardzo podoba mi się klarowny wstęp. Jest opis fabuły, wyjaśnienie jaki klimat ma mieć przygoda, czemu Wolsung, czemu zmiany w mechanice itd. Plus za porady jak prowadzić „Niedokończonych”. Nie wiem tylko czemu pojawił się dziwny wtręt na temat ras, ale to detal.

Jednym z moich problemów jest nieprzemożne wrażenie, że tożsamość golemów będzie dla graczy oczywista bardzo szybko. Dla nich sesja rozpoczyna się w próżni i od samego początku nie wiedzą nic. Więc gdy tylko pojawi się pierwszy lepszy „nieobecny” BN, taki o którym tylko usłyszą, automatycznie stanie się kandydatem na tożsamość. A szczególnie jeśli pojawi się takich 4, czyli tyle ilu jest graczy. Oczywiście nie musi to zrujnować przygody, ale może nadać jej dość nieoczekiwany bieg, nie wpasowujący się w zaproponowany schemat scenek.

Do tego spis scen sprawia wrażenie gonitwy zakończonej twistem, podczas gdy prosi się tu raczej o stopniowe odkrywanie samych siebie z ewentualnym pościgiem depczącym po piętach. Mimo tego jest to dobra praca. Ma ciekawy pomysł, jest solidnie przygotowana i bardzo estetyczna (jest dowodem, że można przygotować bardzo ładną pracę bez wodotrysków).

Paweł Bogdaszewski

Polskie realia, sztuczni ludzi, dobrze opracowana mechanika oraz… steampulpowy Wolsung. Autor łączy elementy niemal idealnie dopasowane do mojego gust z niezbyt odpowiadającym mi systemem i nastrojem. Mimo że postaram się być obiektywny na tyle na ile jest to możliwe przyznam że zostałem na równi zaintrygowany jak zaniepokojony.

Pierwsze wrażenie
Niezwykle schludny i ciekawie wsparty mechanicznie scenariusz. Czytelnik otrzymuje gotowy spis treści oraz pomoce mechaniczne . Wszystko to na bardzo dobrym poziomie. Brakuje jedynie prawdziwego streszczenia przygody (jest, dopiero na ósmej stronie)– jest to wada, lecz nie powinna utrudnić prowadzenia.

Mechanika!
Uproszczony Wolsung stworzony na potrzeby przygody to kawał dobrej roboty. Jest pomysłowy, banalnie prosty, łączy zgrabnie elementy różnych mechanik z przygodą. Pomysł na kreowanie postaci w grze jest dobrze zrealizowany. Niedokończeni to majstersztyk mechaniczny. Jako drobną wadę mogę wymienić nadużywanie przez autora wysokich stopni trudności (5 to przecież ledwie 50% szans na sukces i to przy użyciu gadżetu).

Forma
To jeden z najlepiej przygotowanych scenariuszy tej edycji, i dowód na to że dobra praca nie musi posiadać ilustracji by wywołać zachwyt formą. Wszystko jest czytelne dzięki stylowi autora i drobnym zabiegom takim jak wyszczególnienie głównych wyzwań czy celu MG. Tutaj też (jednak ;)) mam wrażenie pewnego potknięcia. Czasem (IVa i IVb) cele MG sugerują że jest przeciwnikiem Graczy, zamiast mówić jasno jak MG ma pokierować zdarzeniami.

Bohaterowie i bohaterowie niezależni
Klasyczny wątek z brakiem pamięci to RPGowy standard. Grywalny standard. Połączenie tego z mechaniką tworzenia postaci na bieżąco, to pewien RPGowy mem (przynajmniej wśród znanych mi na żywo RPGowców), tutaj wcielony. Same tło, ukryta tożsamość bohaterów jest ciekawa i sprawnie zrealizowana. Obawiam się jedynie oczywistość tego wątku. Finalny Twist może wcale nie okazać się niczym zadziwiającym, choćby dla tego ze w przygodzie nie ma praktycznie innej historii która mogła by zmylić samych Graczy. W konfrontacji z doświadczoną drużyną ta część scenariusza wymagała by dopracowania.

Fabuła
Krótka, efektowna, trochę liniowa. Niby bohaterowie mają do dyspozycji całe miasto, lecz wszystko kieruje ich do opracowanych z góry scen. Moim zdaniem, nie ma w tym nic dziwnego, nie wybory drogi są sednem zabawy w tym scenariuszu. Jedyne do czego mogę się przyczepić to obowiązkowość sceny z Adasiem. Test ukrycia się z trudnością 3 który musi zdać cała drużyna? Autorze, to 50% szans na golema, czyli jakieś 6% szans na sukces drużyny bez wykorzystania gadżetów (jeśli dobrze liczę). Takie iluzoryczne testy nie są warte wrażenia jakie pozostawiają.
Poza tym, wszystko jest efektowne, zabawne i pełne smaczków. Podobają mi się nekrogolemy siejące terror lecz słuchające BG, ich posłuszne/nieposłuszne dawne ciała oraz efekciarstwo na każdym kroku. Może nie jest to bardzo głęboka intryga, czy doskonałe śledztwo, czy nawet perfekcyjnie zrealizowany wątek, ale zapewni wiele dobrej zabawy.

Mrok Slawii.
Czytając niedokończonych miałem wrażenie że doskonale pasują do dowolnego Wolsungowego miasta, a ich nastrój jest mocno rozrywkowy, karykaturalny niczym u Burtona. Autor sugeruje jednak mrok oraz Slawie. Nie potrafię sobie wyobrazić owej mroczności a miejsce akcji osadzone w ostatnim Wolsungowym dodatku jest na siłę. W niczym mi to nie przeszkadza, choć zawsze to jakiś drobny zgrzyt,

Podsumowanie
Niedokończeni w moim osobistym rankingu wyścigu po Quentina wyszli na prowadzenie. Nie wpisują się w mój styl, nie nalezą do scenariuszy które bardzo bym chciał poprowadzić, jednak przygotowani są tak ze zapewnia doskonałą sesje. To scenariusz dopięty na ostatni guzik i mój faworyt w tej edycji.

Incydent w Golemwitz

Scenariusz Konkursowy:

Incydent w Golemwitz Poskart Piotr

System: Wolsung

Setting: Wolsung, Ostria

Gotowa mechanika: Wolsung

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: dowolna

Gotowe postacie: brak

Ilość sesji: 1+

Dodatki: mapka

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Mateusz Budziakowski

Tekst niespójny, „otwarty”, ale tak naprawdę bez konkretnego ciągu zdarzeń (fakt możliwości wyboru kolejnych scen nie świadczy o nieliniowości). Początkowa intryga zapowiada się ciekawie (spadek jest zawsze katalizatorem różnych nieprzewidzianych wydarzeń, „powrotów po latach” itd.), niestety wykonanie mnie nie przekonuje. Klimatu wolsungowego nie widzę, może trzeba było spróbować w innej konwencji?

Duży plus za rozpisanie BNów.

Duży minus za oprawę graficzną – lepiej, gdyby jej nie było.

Jakub Osiejewski

Takie przygody – zwłaszcza wymyślone i prowadzone przeze mnie – skutecznie obrzydzają mi śledztwa. W takim śledztwie wszystkie tropy są mylne, a na prawidłowe wskazówki niemal nie da się się natknąć. Potem przygoda jednak ze śledztwa przemienia się w losowy ciąg dziwnych zdarzeń. Scenariusz nie trzyma się kupy. Pojedynek na stypie? Przypadkowe natknięcie się na starego trolla? Hrabia pracujący jako nauczyciel w państwówce? Dlaczego w ogóle bohaterowie mieliby chcieć inwestować w fabrykę? Dlaczego mieliby prowadzić powstańców? Jak bohaterowie mają zaprzyjaźnić się z Rudim? Sprawy nie ułatwia fakt, że sceny opcjonalne będą w istocie bardzo ważne dla fabuły.

Zbyt skupione na ciekawych (zdaniem autora) NPCach, za mało na fabule przygody. Niby fajnie, że przygoda kręci się wokół jednej z ważniejszych postaci świata gry, przemienionej w łotra, ale w gruncie rzeczy niewiele z tego wynika.

Nie chciałbym grać u tego MG – nieudany test ma zawsze bardzo nieprzyjemne konsekwencje. Choćby spotkanie z trollem po kilku nieudanych testach wyeliminuje ten wątek.

Mateusz Wielgosz

Nie wiem czemu autor tak mocno zarzeka się, że to otwarta i nieliniowa przygoda, skoro jest prosta jak drut, tylko scenki opcjonalne można przejść w dowolnej kolejności (lub zupełnie olać). Dobrze wprowadzona liniowość nie jest niczym złym. Tu jest nieźle, choć nie brak pewnych brzydkich zabiegów, jak np. usilnie wymuszony pojedynek ze spadkobiercą w czasie stypy.

Całość jest spisana estetycznie, ale trudno mi ją kupić. Sceny opcjonalne są zaiste opcjonalne i dość chaotyczne (pojedynek ze starym trollem?). Wachlarz możliwości wprowadzenia dowolnych postaci w przygodę jest w porządku, ale później jest trochę gorzej, nie ma jasnej motywacji dla niektórych działań jak przewodzenie powstańcom czy zainteresowanie fabryką. Na plus natomiast można policzyć niemal wszystkie postacie BNów.

Michał Smoleń

A więc „chaos” nazywa się teraz „otwartością”… Przez większość czasu nie miałem jasności, co się w danym momencie dzieje. Sprawę trochę ratuje streszczenie i nienajgorszy opis scen, ale i tak wszystko wydaje się dosyć zagmatwane. W gąszczu wydarzeń zagubionych jest kilka niezłych postaci tła, stanowiących chyba największy atut pracy.

Wolsungowy recycling statystyk polega także na dopasowywaniu statystyk już istniejących – tutaj autor idzie na łatwiznę, ograniczając się do wskazania choć odrobinę zbliżonej postaci z podręcznika (nawet gdy związek jest dosyć odległy) lub w ogóle pomijając statystyki, gdy adekwatnego szablonu brak (godi, golibroda). Nieco utrudnia to satysfakcjonujące korzystanie z przygody.

Ze wszystkich nadesłanych na tegoroczną edycję przygód do Wolsunga w tej najmniej według mnie czuć ducha systemu – niektóre sceny są zbyt poważne, choć nie można zazwyczaj odmówić im pewnego dramatyzmu. Nie pomaga też kiepska forma wizualna i pewne niekonsekwencje fabularne.

Michał Sołtysiak

Walka o nieliniowość scenariusza, czyli rozpisywanie na sceny główne i opcjonalne, po pierwsze nie zawsze przynosi profity, a po drugie owocuje czasem chaosem i nielogicznościami. Tutaj mamy właśnie na siłę forsowaną nieliniowość (choć sceny obowiązkowe mają sztywno ustaloną kolejność, wiec nie jest to do końca spełniona obietnica nieliniowości) i liczne sceny które nijak się nie łączą lub wyglądają niezręcznie.

Czytałem ten scenariusz i wciąż czułem że akcja jest forsowana na siłę, bohaterowie są zaskakiwani nagłymi zwrotami, spotykają dobrze rozpisanych BN, ale nie zawsze rozumiem motywacji i oczekiwań z tych spotkań. Generalnie nawet czołowy oficjalny BN systemu nie daje rady poprawić odbioru.

Ten scenariusz wymaga dopracowania, zastanowienia się nad tokiem fabuły, nad motywacjami postaci i przemyślenia samej istoty intrygi. Przydałby się jakieś wytyczne do tworzenia postaci, choćby lista elementów i cech, jakie powinni posiadać/ Nie zawsze jest zręcznie. Przydałaby się też korekta językowa, ale stylistycznie jest to całkiem fajny scenariusz do przeczytania. Problemy ze zrozumieniem zwrotów akcji pojawiają się dopiero po lekturze, gdy się myśli jak to poprowadzić.

Największa zaleta:
Sceny same z siebie są bardzo atrakcyjne, dużo tu akcji i pola do popisu dla graczy, tylko połączenia ich nie zawsze jest zręczne
Największa wada:
Słaba spójność elementów fabuły i kulejące motywacje dla postaci graczy.

Artur Ganszyniec

Wolsung. Bohaterowie mierzą się z problemami industrialnego miasteczka, a korzenie problemów sięgają, oczywiście, Wielkiej Wojny. Mamy w tekście całkiem interesujące postaci niezależne, mamy skandale i widmo rewolucji. Wszystko to jest jednak bardzo chaotycznie spisane, zwłaszcza w finale. Fabuła przeskakuje dziko między scenami, niektóre zwroty akcji rzucają się na niepodziewających się niczego bohaterów, inne giną gdzieś w natłoku wydarzeń. Pomysły gdzieś tam są, ale do czytelnika przebijając się w bólach.

Na minus policzę parę błędów merytorycznych (Edda to święta księga, a nie imię bóstwa). Spodobał mi się natomiast mechanizm dodatkowych kart w kluczowej scenie za wypełnienie pewnych warunków w scenach poprzedzających.

Całość ma potencjał, niestety ginie on w chaotycznym tekście.

Stanisław Krawczyk

Ogólna ocena
Warto się przebić przez warstwę językową i chaotycznie ułożone sceny, ponieważ pod spodem kryje się dużo dobrych pomysłów na sceny i bohaterów niezależnych. Niemniej scenariusz miałby większe szanse na wysokie miejsce w konkursie, gdyby został porządnie przejrzany i miejscami przepisany.

Zarówno mocne, jak i słabsze strony scenariusza staram się omawiać w kolejności od najistotniejszej do najmniej ważnej.

Na plus
1. Sporo niezłych scen – dramatycznych, osadzonych w widowiskowej scenerii, stawiających przed BG (i graczami) rozmaite zadania. Dobrze również, że na początku scen podane są: miejsce akcji, postacie, główne wyzwanie.
2. Całkiem ciekawi bohaterowie niezależni, z sekretami, problemami i motywacjami.
3. Odwaga wykorzystania jednej z kluczowych postaci wolsungowego uniwersum, Gutryka Geminego, i to w prominentnej roli.
4. Pogoda jako narzędzie do wykorzystania na sesji – dobry koncept i nieźle zrealizowany (acz byłoby jeszcze lepiej, gdyby miał wpływ na mechanikę).
5. Obecne tu i ówdzie wskazówki dotyczące prowadzenia przygody – zaawansowanym MG nie zaszkodzą, a mniej doświadczonym mogą pomóc (s. 4: „Niech każdy gracz, ma tu jakiś cel do spełnienia”; s. 6: „możesz pominąć ich [BN-ów] imiona i posługiwać się określeniami takimi jak Kapitan, Fabrykant itd.”).
6. Podanie przykładowych motywacji dla BG w uporządkowanym formacie: wstępny opis, konkretny cel, moment osiągnięcia celu.
7. Zebranie najistotniejszych wiadomości w początkowej części tekstu.
8. Osobny plusik za frazę: „Szachy to też świetna broń” (s. 15).

Na minus
1. Sceny opcjonalne są przemieszane z obowiązkowymi i nie za bardzo wiadomo, dlaczego zostały rozlokowane w takich, a nie innych miejscach. W ogóle fabuła scenariusza trochę się rozlatuje i w praktyce nie do końca wiadomo: liniowość to czy nieliniowość? Przydałby się jakiś sposób na uporządkowanie tego chaosu.
2. Brakuje mi mechanicznego opracowania wszystkich konfrontacji – jeśli nie statystyk postaci, to przynajmniej konkretnych wskazówek dotyczących zdolności czy scenerii. Cieszę się jednak, że w niektórych wypadkach scenariusz takie sugestie zawiera.
3. Korekta językowa – pilnie, pilnie poszukiwana. Tekst zawiera dużo błędów językowych, i to nierzadko takich, które utrudniają zrozumienie tekstu.
4. W streszczeniu (s. 3) mówi się o Dantem, mimo że na tym etapie lektury czytelnik nie może jeszcze wiedzieć, kto to jest. Nie wiadomo też, dlaczego postacie graczy miałyby się sprzymierzyć z golemami, skoro przedtem najprawdopodobniej zaczęły z nimi sympatyzować. Ogólnie mówiąc: streszczenie nie jest szczytem klarowności.

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod e-mailem: repek@polter.pl

Rzeczy godne uznania:
1. Streszczenie na początku.
2. Przykładowe motywacja dla genericowych postaci. Co więcej, kilka z nich brzmi naprawdę ciekawie (Szpieg, Kochanek, Działacz Społeczny). Pytanie tylko, czy będą do siebie pasować w drużynie?
3. Fajnie, że są ilustracje, ale… (punkt 1 poniżej).
4. Słuszna uwaga pod koniec sceny „Szable czy pistolety”.
5. Interesujący wątek dowodzenia powstaniem.

Rzeczy warte rozpatrzenia:
1. Lepiej byłoby utrzymać ilustracje w jednej stylistyce. Wydaje się, że te czarno-białe wyszły jednak ciut lepiej (choć troll z obrazka nie bardzo zgadza się z opisem z tekstu – szczupły to on nie jest).
2. Jeśli ktoś chce wycisnąć z tego scenariusza więcej, może pozwolić wcielić się graczom w BNów, którzy są znacznie mocniej związani z intrygą.
3. W postaci Agentki zaznaczone jest, że zna jednego z BG. Taki motyw trzeba zatem wprowadzić kilka sesji wcześniej lub nastawić się na jednostrzał. W innym wypadku to trochę sztucznie narzucony motyw.
4. Tekst się dość ciężko czyta. Nie zaszkodziłoby rozbicie go na nieco mniejsze akapity i wyróżnienie kluczowych informacji.
5. Nawet jeśli autor tworzy scenariusz „otwarty”, nie jest złym pomysłem podać proponowany przebieg scen (jedne aż się proszą, by znaleźć się po innych). W takiej kolejności, którą uważa się za najbardziej korzystną z punktu widzenia dramaturgii opowieści.
6. Jeśli MG chce, by negocjacje z tłumem były emocjonujące, musi odpowiednio wcześniej zbudować więzi z mieszkańcami.

Ogółem:
Scenariusz do Wolsunga z całkiem oryginalnym pomysłem na rozruchy społeczne. Aby cała ta afera ze spadkiem miała jednak sens, gracze koniecznie muszą dostać zaproponowane przez autora scenariusza (nie wiadomo dlaczego opcjonalne) osobiste motywacje. W innym wypadku waga wyborów, których muszą dokonać, spłynie po nich jak woda po golemie. Trudno się też oprzeć wrażeniu, że do tego bardzo obszernego scenariusza upchnięto jednak zbyt wiele.

Michał Mochocki

Tu mam mieszane odczucia. Czasem chce się krzyknąć “rewelacja!”, ale jest to rewelacja tu i ówdzie zepsuta głupim potknięciem. Wspaniała galeria postaci niezależnych, sięgająca po klasyczne archetypy, ale nie papierowo jednoznaczne, tylko z dodatkiem pewnej “głębi”, np. u godiego czy Kapitana. Dobra siatka napięć fabularnych, które spleść i rozwiązać się mogą na różne sposoby, zależnie od działań BG. Do tego przemyślane podejście do motywacji bohaterów, którzy mogą sporo zdziałać z własnej inicjatywy. Jednak niektóre sceny robią złe wrażenie, zwłaszcza sceny walki poprzedzające starcie finałowe (pojedynek z arystokratą i walka z trollem), do niczego niepotrzebne i rażące sztucznością. Nie przekonuje także podział na sceny opcjonalne i obowiązkowe, co utrudnia czytanie, a nie jest uzasadnione strukturą scenariusza. Mimo dużej swobody działania, główna fabuła jest mocno liniowa i lepiej byłoby opisać to ciągłym tekstem. Mam wrażenie, że potrzeba tylko kilku solidnych poprawek, żeby powstała prawdziwa Wolsungowa perełka.

Slapstick

Scenariusz Konkursowy:

Slapstick – daleka droga do wolności Jarosław Kopeć

System: Wolsung

Setting: Wolsung, Lyonesse

Gotowa mechanika: Wolsung

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 1

Dodatki: brak

Ilustracje: Alicja Urbanik

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Mateusz Budziakowski

Jeden z gorszych tekstów tej edycji. Brak de facto scenariusza, bohaterowie uciekają i tyle. Jakaś tajemnica jest zachowana w kilku wariantach, m.in. na koniec, ale cóż to za tajemnica – kochanek użył Mocy. Szkoda, że temat nie został rozwinięty.

Tekst napisany poprawnie, choć pojawia się irytująca maniera podwójnych końcówek („Mistrz/-yni”), co w czytaniu nie pomaga.

Zdziwił mnie absolutnie oderwany od głównego tematu wątek porwanej córki króla. Cóż z tego że i tu i tu chodzi o nieakceptowany związek? Nie pasuje, zgrzyta, bez sensu.

Cały scenariusz sprowadza się de facto do sceny finałowej, a szkoda bo możnaby bardziej pójść w slapstickową groteskę. Dlaczego Mandelore jest obrzydliwy? Dlaczego nie pojawia się wcześniej, żeby drużyna mogła go ośmieszyć/poniżyć/pogonić gdzie pieprz rośnie, co byłoby preludium do finałowej sceny ze Strasznym Ojcem Głównej Bohaterki? Z motywu “uciekającej panny młodej” można zrobić fajerwerkowy scenariusz, historię bardzo serio a jednocześnie bezkrwawą – gdzie największym przegranym będzie błogosławiący rad nierad tato (a przecież można go ubarwić, dodać motywacje – pieniądz, splendor itd, i pozwolić graczom na przemówienie do serca rodziciela jedną czy drugą sakiewka, oczywiście po zrzuceniu na policjantów beczki śledzi i wysmaganiu niedoszłego narzeczonego wiechciem pokrzyw). Tu zaś brakło paru rzeczy, doszły natomiast pomysły zupełnie nietrafione, jak np. wydłubywanie oczu.

Jakub Osiejewski

Ciekawe, tylko mam wrażenie że znacznie lepiej wypadłby w bardziej realistycznej grze. Wiktoriańskość Wolsunga czasami jest tylko dekoracją, spod której widać epokę współczesną. Tutaj mamy sporo z typowego Wiktoriańskiego sztafażu, co nieco dziwi w świecie bądź co bądź fantasy.

Z przyjemnością poprowadziłbym ten scenariusz, ale na przykład jako sen, fabułę romansu czy filmu oglądanego przez bohatera Wolsunga, bo brak mi tutaj jest i steampunku, i slapsticku. To wiktoriańska komediowa wariacja na temat novel of manners, co nie jest złe.

Mateusz Wielgosz

Spore rozczarowanie po interesującym pierwszym wrażeniu. Scenariusz jest dobrze zaserwowany – horyzontalny układ, przejrzyście, wszystko poukładane. Niestety po dokładnej lekturze wszystko się sypie.

Po pierwsze drażni i utrudnia lekturę, nachalne podkreślanie podwójnych końcówek (Mistrz/-yni, gracz/-ek, „możesz, Mistrzu czy Mistrzyni Gry, zmodyfikować”). Opis postaci skacze między zwrotem do gracza a tekstem dla MG. Szkoda, bo można było łatwo zrobić z tego gotowe karty do wydruku. Ogólnie jednak opis postaci jest na plus, bo w zwarty sposób opisuje postać, relacje z pozostałymi postaciami i daje wskazówki do gry.

Zawsze mam obawy wobec tak wyraźnego podziału na sceny. Można odnieść wrażenie jakby nie było tu płynnej sesji z po prostu istotniejszymi momentami/sekwencjami ale urżnięte tasakiem mięsiste części. Choć co do mięsistości też można mieć wątpliwości. Scena 1 – jak się schowają, nie dzieje się nic. Scena 2 – jak się ukryją, nie dzieje się nic. Scena 3 – jak nie dyskutują, nie dzieje się nic. Wiadomo – dobry gracz sobie poradzi, ale „Slapstick” wyraźnie zamiast rzucać graczy w pewne wydarzenia zdaje się na ich dobrą wolę lub kiepskie rzuty.

Mam bardzo mieszane uczucia co do sugestii, by MG nie tylko wprowadził graczy w sytuację, ale też powiedział co ma być kulminacją sesji. Nawet jeśli to oczywiste od początku, nawet jeśli to tajemnica poliszynela to, po co mówić to tak otwarcie?

Idea tego scenariusza jest bardzo fajna – lekka przygoda uciekającej panny młodej, która powinna dojrzewać w czasie wojaży. Niestety kilka arcy uproszczonych i niezbyt treściwych, pretekstowych, płytkich scenek to zdecydowanie za mało, żebym to kupił. „Slapstick” celuje w to samo co „Bohaterowie Srebrnego Ekranu”, ale tylko jednemu scenariuszowi udaje się dobrze oddać pewny umowny styl.

Pomysł jest, ale całość jest bardzo niedopracowana. Nie ma zbytnich szans na wielkie zaangażowanie. W rękach słabych graczy może się ograniczyć do przeturlania kilku konfliktów, dobrzy gracze będą grać zaangażowanych, może i dobrze się pobawią lekkim slapstickowym nastrojem, choć wtedy gryźć się to może z niepotrzebną makabrą w stylu oślepiającej się kobiety.

Michał Smoleń

Podoba mi się pomysł na ten scenariusz. Przemawia do mnie wizja tego zupełnie nie bohaterskiego tria, przemykającego przez park w nocnym Lyonesse i skonfrontowanego z wrednym barmanem czy gospodarzem. Bohaterowie nie ratują świata – to bardzo ożywcze na tle przedramatyzowanych historii, jakich na pęczki w scenariuszach RPG (także wolsungowych). Do tego doceniam chyba najbardziej przejrzystą formę graficzną ze wszystkich scenariuszy tej edycji: wszyscy autorzy, usiłujący upchać na każdej stronie tysiące znaków, powinni brać z niego przykład.

Niestety, na poziomie konkretnych scen zabrakło mi mocnego uderzenia . Konfrontacje są dosyć zwyczajne, a niektóre sceny zbyt przewidywalne. Co więcej, usterek można dopatrzeć się w samej konstrukcji scenariusza – niechciany pan młody, główny antagonista, pojawia się dopiero w finale (choć teoretycznie ma być głównym motorem działań bohaterów, o jego nikczemności dowiedzą wyłącznie z własnych kart postaci). Jeden z bohaterów, służący, ma też wyraźnie mniejszą rolę do odegrania, szczególnie, gdy scena piąta potoczy się zgodzie z „wariantem Matyldy”. Podsumowując – miła przygoda do poprowadzenia w wolne popołudnie, ale nic szczególnie wybitnego. Momentami opracowana zbyt pobieżnie, staje się bardziej notatkami do sesji, niż pełnoprawnym scenariuszem.

Michał Sołtysiak

Wolsung mieni się systemem filmowej akcji, a więc poza pełnymi scenariuszami, powinny być też etiudy, krótkie, zwarte i na temat. Tutaj właśnie mamy od czynienia z taką etiudą: postacie są narzucone z góry, fabuła jest krótka, niewiele tu zaskoczeń i bardziej mamy zabawę konwencją i dyskusję o roli płci, niż rzeczywistą intrygą.

Gracze tak naprawdę mogą bardzo szybko skończyć, a to przez pecha, albo niezbyt energiczne wczuwanie się w fabułę. Typowa jednostrzałówka, podejrzewam wykorzystana na sesji, a potem spisana. Kilka scen, niewiele wyborów, dwa warianty rozwoju akcji i finał, który chyba lepiej by się sprawdził w opowiadaniu, bo mam pewne wątpliwości co do ostatecznego rozwiązania. Podobnie jak w „Niezgłębionym” gotowe postacie są narzucone z góry, wraz z ich odczuciami, ale są dużo lepiej opisane i łatwiej będzie poprowadzić je na sesji. Jednak wciąż widać, że gracze mają więcej odgrywać, niż rzeczywiście samodzielnie prowadzić swoich bohaterów.

Największa zaleta:
Dopracowanie edycyjne i rzeczywiście slapstickowy klimat. Jest szansa na kilka komediowych scen.
Największa wada:
Krótka etiuda do odegrania, a nie rozegrania.

Artur Ganszyniec

(Tragi) komedia miłosna z Alven Yardem w tle. Gracze dostają trzech bohaterów, bardzo konkretne postaci, dość odbiegające od standardowych wolsungowych bohaterów. Gra zakłada, że bohaterowie jeszcze nie zdobyli swojego pierwszego osiągnięcia i dysponują pula 1k10, nie jest to jednak dokładnie w tekście wyjaśnione. Nie znalazłem również nigdzie informacji o tym, jakiej rasy są postaci graczy.

Sama przygoda jest krótka, z silnym zacięciem społecznym. Ciekawym zamysłem jest przemiana głównej bohaterki, trudno mi jednak ocenić, czy to zadziała na sesji. Ogólnie mam wrażenie, że role narzucone głównym postaciom są sztywne jak wiktoriański gorset i zostawiają bardzo niewiele pola do popisu dla graczy. Przygoda napisana sprawnie i werwą, ale jakoś mnie nie porwała.

Stanisław Krawczyk

Ogólna ocena
Dość krótki scenariusz, który nieźle wykorzystuje możliwości Wolsunga (tematyczne i mechaniczne) oraz zdobywa dodatkowe punkty za estetykę, ogólną przejrzystość tekstu i dobrą jakość języka. Niestety nie jest zbyt treściwy: odrobina pecha lub mało aktywni gracze mogą sprawić, że rozgrywka nie będzie trwała 4–5 godzin, lecz dwa razy krócej. Sporo można się z tego scenariusza nauczyć, jeśli chodzi o techniczne opracowanie tekstu, powinien też pozwolić na dość przyzwoitą zabawę, jednak do zajęcia wysokiego miejsca w konkursie – moim zdaniem – to zbyt mało.

Zarówno mocne, jak i słabsze strony scenariusza staram się omawiać w kolejności od najistotniejszej do najmniej ważnej.

Na plus
1. Ciekawie i klarownie opisane postacie (np. Lady Vivianne charakteryzowana m.in. przez ulubione lektury). Co więcej, przygoda jest właśnie o nich, nie przeżywają cudzej historii, co czasem się zdarza w scenariuszach (nie tylko quentinowych).
2. Konsekwentny, przejrzysty skład (ubarwiony ilustracjami), czytelność całego tekstu (dobry dobór informacji ważnych i odrzucanie mniej istotnych), a także poprawność językowa i edytorska. Sporo smaczków stylistycznych: „absztyfikant”, „księżniczkowata”, „najobrzydliwsza kreatura, jaką zrodziło Imperium”.
3. Dużo informacji i podpowiedzi mechanicznych, niekiedy uzależnionych od decyzji i pomysłowości graczy.
4. Celny koncept z oszustwem Johna (s. 4 i 6), dający sporo możliwości osobom odgrywającym parę zakochanych.
5. Poruszenie tematyki płci i klasy, z pewnym wsparciem mechanicznym (Punkty Specjalne opisane na s. 6). To nie jest scenariusz burzący wszelkie stereotypy, ale nawiązanie do wiktoriańskiej struktury społecznej nieźle wpisuje się w szeroko rozumianą konwencję Wolsunga.
6. Świetna sceneria Ogrodów Opackich, opisana zarówno z myślą o nastroju sesji, jak też z uwzględnieniem elementów istotnych w trakcie konfrontacji.
7. Na samym początku tekstu: zwięzłe i jednocześnie atrakcyjne językowo streszczenie fabuły, podanie najważniejszych informacji o scenariuszu, fachowe określenie konwencji oraz istotnych tematów.

Na minus
1. Tekst nie pozostawia zbyt dużo miejsca dla fabularnej aktywności graczy. Podejrzewam, że sesja będzie się składała głównie z testów oraz konfrontacji, a ponieważ niektóre z tych ostatnich mogą nie mieć miejsca, przygoda może się okazać znacznie krótsza, niż zaplanowano.
2. Zbyt mało jest w scenariuszu pomysłów na rozwijanie relacji między postaciami, a także na zmienianie się poszczególnych bohaterów. Są tylko wzmianki na ten temat (np. o Lady Vivianne na s. 1 i 6), a skoro już decydujemy się na gotowe postacie, to dobrze byłoby pełniej wykorzystać ich potencjał.
3. Słabo zaznaczeni antagoniści.
4. Dwa warianty fabularne (gobliński i Matyldy) na pierwszy rzut oka wydały mi się atutem scenariusza, ale po namyśle mam pewne zastrzeżenie. Otóż w wariancie Matyldy scenariusz może się tak potoczyć, że Hampstead nie będzie miał swojej kluczowej sceny i konfrontacji, przez co do końca sesji pozostanie bohaterem planu pierwszego i pół. Byłoby to szczególnie niekorzystne ze względu na to, że scenariusz miał poruszać problemy klasowe, a tutaj okazuje się, że ork-sługa może mieć znacząco mniej do zrobienia niż para wolnych ludzi. Dlatego w moim odczuciu lepszym wyjściem byłoby sprowadzenie obu wariantów do wspólnej sekwencji: knajpa, zaplecze, Matylda, gobliny.
5. Brakuje danych mechanicznych na temat Klary i Matyldy (w jednym z wariantów fabularnych mogą się przydać w finale).
6. Czy Punkty Specjalne nie są aż nazbyt znaczną pomocą dla grających? W wolsungowej mechanice specjalne żetony o kilkopunktowej sile to wszak bardzo duży bonus…
7. Wybrałbym dla scenariusza inny tytuł, jako że slapsticku wbrew zapowiedziom nie ma tutaj zbyt wiele.
8. Detal: w opisach BG (oprócz Lady Vivianne) nie ma informacji o rasie (trzeba się ich doszukiwać w tekście).
9. Następny detal: do edytorskiej pełni szczęścia brakuje tylko wyjustowania.

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod e-mailem: repek@polter.pl

Rzeczy godne uznania:
1. Przejrzysty układ tekstu, pasujące do konwencji ilustracje (pierwsza znacznie lepsza).
2. Szybkie wprowadzenie w temat i przebieg scenariusza.
3. Gotowe postaci, dopasowane do scenariusza. Treściwie spisane, z nutką dowcipu.
4. Feministyczny Order Płonącego Stanika za rozróżnianie Mistrza i Mistrzyni Gry oraz gracza i graczki.
5. Słuszna sugestia dotycząca sposobu zakomunikowania tego, że Vivianne została uwiedziona mocą. MG nie powinien mieć problemu z dopasowaniem rozwiązania do swoich graczy (ich preferencji lub umiejętności).
6. Przejrzysty podział scenariusza na sceny.
7. Propozycje wystroju scen (np. gabinet osobliwości).

Rzeczy warte rozpatrzenia:
1. Zamiast opowiadać graczom, jaka jest sytuacja wejściowa, należy po prostu zacząć prowadzić. Na tym właśnie polega chwyt in medias res.
2. Można się zastanowić nad rozegraniem scenariusza bez postaci Hampsteada, który swoją obecnością osłabia relację między Vivianne i Johnem.
3. Na pewno na sesji na podstawie tego scenariusza nadarzy się sporo okazji, by gracze coś efektownego i efekciarskiego zrobili. Trochę jednak brakuje w poszczególnych scenach większej ilości wyzwań dla BG. W tych, które są, brakuje widowiskowości.
4. Motyw matki z wykłutymi oczami jakby z zupełnie innej bajki. I to jeszcze z jakimś seksualnym podtekstem. Nawet w tak pretekstowym scenariuszu niespecjalnie trzyma się to kupy.
5. W scenariuszu zupełnie wyparowała kwestia oczarowania Vivianne przez Johna. MG musi sensownie umiejscowić kulminację tego wątku.

Ogółem:
Pomysł ciekawy, sposób spisania solidny, tekst jest gotowy do użycia niemal z marszu. Niestety, sam scenariusz nie jest zbyt porywający. Gracze/-ki wraz z Mistrzem/Mistrzynią Gry pewnie będą się przy nim dobrze bawić, bo otrzymają do rąk ciekawe postaci i niegłupią sytuację startową. Ale to trochę za mało. Przydałoby się więcej pomysłów na urozmaicenie poszczególnych scen.

Michał Mochocki

Łatwy, lekki i przyjemny, ale też nie zapada w pamięć. Ze względu na komediową konwencję nie będę się czepiać wiarygodności w postępowaniu postaci. Szczególnych wad nie ma, napisany jest sprawnie, ale bez rewelacji. Poza tym bardzo krótki, jeśli odliczyć karty postaci. Czy “rozmiar” ma znaczenie? Dla mnie ma o tyle, że jest miarą wysiłku włożonego w opracowanie scenariusza. Jak na publikację w magazynie RPG-owym, tekst się nadaje i wstydu nie przyniesie. Jak na Quentina – trzeba się bardziej napracować.

Straszny zamek

Scenariusz Konkursowy:

Straszny zamek Paweł Stasik

System: Wolsung

Setting: Wolsung: Slawia, okolice Puszczy Dębowej

Gotowa mechanika: Wolsung

Modyfikacje zasad: zasady dotyczące znajdowania ważnych informacji w pamiętnikach

Ilość graczy: dowolna

Gotowe postacie: brak

Ilość sesji: 1

Dodatki: mapka

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Mateusz Budziakowski

Nareszcie! Wolsungowy scenariusz “Dziś wyjątkowo bez Alfheimu i Wotanii”! Szkoda tylko, że trochę ubogi w intrygi – z istotnych elementów zapamiętałem wyłącznie podszywanie się pod duchy i pojawienie się ducha właściwego, mam wrażenie dopychania scen na siłę, co oczywiście rozdyma tekst ale niekoniecznie ubogaca scenariusz. Plusik za “mechanikę pamiętników”.

Jakub Osiejewski

Niby Wolsung, a takie to nudne. Nie tylko książki czy gry wideo trudno przerobić na RPG – widać, że dotyczy to także opery. 🙂 W “Strasznym Dworze” protagonistami są Zbigniew i Stefan, i to oni poślubić mają panny. Tutaj szybko 90% BNów schodzi na dalszy plan, a całość przygody sprowadza się do gonitwy za duchem. Brak jest jakiegoś mocnego akcentu, który skupiłby uwagę grających.

Podobnie jak “daleka droga…”, to raczej epizod, tylko rozciągnięty na ponad 20 stron. Wiele spotkań (bagaże, gonitwa z wilkami) jest dodanych na siłę, właśnie by rozciągnąć tę przygodę, i jak zgaduję, dodać nieco więcej konfliktów. Podobnie sceny zabaw i rozmów, choć tworzą miły klimat, mogą się przedłużyć. To nie jest zła przygoda, całkiem fajnie się ją czyta, i dobrze poprowadzona mogłaby rozbawić graczy – ale tylko pod warunkiem, że sporą jej część zignorujemy.

Mateusz Wielgosz

Ładnie i sensownie spisany scenariusz. Straszny Zamek to lekka i przyjemna przygoda do Wolsunga, zdecydowanie dla graczy, którzy są aktywni i chcą „rzeźbić” w przygotowanej fabule, miejscu i BNach. W przeciwnym razie istnieje spora szansa, że gracze niczym walec przejadą po prościutkiej historyjce. Scenariusz jest sympatyczny, dobrze oddaje typowy dla Wolsunga styl nawiązań do różnych dóbr kultury, mało w nim przemocy, co jest nieczęste w RPGowych przygodach. Nie ukrywam – ten scenariusz mnie nie zachwycił, tym bardziej nie zaskoczył. Trudno byłoby mi go natomiast jakkolwiek skrytykować. Solidna robota.

Michał Smoleń

Sławianie, my lubim sielanki! Słodki mały nadnaturalny horror pełen uroczych postaci i patentów, ładnie spisany. W początkowych scenach brakuje konfrontacji – bohaterowie kochają wyzwania i bez nich mniej angażują się w interakcje z otoczeniem, co sprawia, że te sekwencje mogą zlecieć zbyt szybko, nie wzbudzając dłuższego zainteresowania bohaterów. W ogóle przygodzie zdecydowanie brakuje.. angażujących wydarzeń. Bohaterowie znajdują się nieco na drugim planie prostej intrygi i gdy autor pamięta, by zlecić im jakieś zadanie, czasami wydaje się ono nieco wymuszone. Być może lepiej byłoby przydzielić graczom najważniejszych, nazwanych bohaterów przygody? W obecnej formie powodzenie sesji zależy od tego, do jakiego stopnia gracze wykażą inicjatywę w interakcji z otoczeniem. Jeżeli poczują atmosferę slawijskiego zamczyska, może z tego wyjść rzeczywiście przyjemna rozgrywka, sama przygoda jednak nieszczególnie jest w tym pomocna. Wydaje się, że całość można by bez większych strat zawrzeć w trzech stronach sympatycznego szybkostrzału.

Michał Sołtysiak

Polska opera przekonwertownana na scenariusz do Wolsunga, to całkiem ciekawy motyw pomysł na scenariusz. Tylko, że to co się sprawdza (albo i nie) na scenie, nie zawsze sprawdza się w RPG, szczególnie że znowu postacie graczy są osobami z zewnątrz i tylko dzięki liczny, lekko na siłę, wprowadzanym elementom stają się bohaterami pierwszoplanowymi, bardzo mocno spychając w cień postacie niezależne i ich problemy. Tym samym to głównej intrygi i poczynania drużyny mają dużą szansę się rozejść, gdy np. gracze ruszą w pościg za duchem.

Przygoda jest prosta, ciekawie spisana, ale mam wrażenie, że autor zapomniał, że intryga i tok fabuły powinny być mocno splecione. Liczni bohaterowie niezależni, jakkolwiek dokładnie by byli opisani, mogą szybko zejść w cień, jeśli nie będą zaczepienie w fabule.

Tym samym mamy przygodę, która zawodzi, ale może być dobrym punktem wyjścia do własnej adaptacji.

Największa zaleta:
Prawdziwie polska przygoda, oparta na polskim dziele:)
Największa wada:
Słabe powiązanie bohaterów niezależnych z tokiem fabuły i duże niebezpieczeństwo, że gracze szybko odejdą od sugerowanego toku akcji.

Artur Ganszyniec

Nie spodziewałem się, że to kiedykolwiek napiszę, ale to scenariusz do Wolsunga, który jest nudny. Potrafię wybaczyć zauważalny brak parowych golemów wpadających przez ściany, a nie wybaczę tego, że cała historia zupełnie, ale to zupełnie nie dotyczy graczy.

Może po prostu nie jestem fanem scenariuszy, w których najbardziej efektowną sceną jest obrona garnka z bigosem przed wilkami (z czego i tak nic nie wynika), a najwięcej czasu antenowego zużywają bohaterowie niezależni załatwiający swoje skomplikowane sprawy rodzinne i przeżywający wewnętrzne rozterki.

Stanisław Krawczyk

Ogólna ocena
Niezbędny warunek dobrej fabuły w RPG stanowi konflikt. Niestety w Strasznym zamku go brakuje, przez co tekst raczej nie stanie się podstawą udanej sesji. Wprawdzie aktywni gracze z zacięciem salonowym mogą sobie poradzić, ale w scenariuszu jest zbyt mało rzeczy, które sprzyjają dobrej zabawie. Słabości tej nie równoważy jego lekkość oraz intertekstualność.

Zarówno mocne, jak i słabsze strony scenariusza staram się omawiać w kolejności od najistotniejszej do najmniej ważnej.

Na plus
1. Sympatyczny główny pomysł: bal urządzony z okazji premiery książki, której bohaterowie wzorowani są na zaproszonych gościach.
2. Lekka, bezpretensjonalna atmosfera i od czasu do czasu puszczanie oka do czytelnika przez nawiązania do literatury polskiej późnego XVIII i wczesnego XIX wieku (Zamek Kalinowski zamiast Zamku Kaniowskiego, Straszny zamek w miejsce Strasznego dworu etc.).
3. Klarowne rozpisanie scen (miejsce akcji, postacie, główne wyzwanie itd.).
4. Nie najgorszy poziom językowy.
5. Nikogo już chyba nie zdziwi, że na plus zaliczam tekstowi czytelne przedstawienie najważniejszych informacji na samym początku pliku. Osobna pochwała należy się scenariuszowi za sekcję „Przydatne materiały z podręcznika podstawowego” (s. 1).

Na minus

1. W drugiej scenie brakuje wyraźnie zaznaczonego wyzwania. Co to znaczy, że BG mają zrobić dobre wrażenie? Jakie działania konkretnie mogliby podjąć? Co jest stawką tej sceny, co gracze mogą wygrać, a co przegrać? Nie ustalając takich rzeczy, ryzykujemy tym, że rozmowa z dużą liczbą słabo zaznaczonych BN-ów może być amorficzna i chaotyczna. Ten sam problem dotyczy m.in. Gościnności Miecznikowskich i generalnie wydaje się słabością całego tekstu: za mało jest tutaj wyzwań i konfliktów (choćby interpersonalnych), które napędzałyby fabułę. Rzecz znamienna: pierwsza obowiązkowa konfrontacja została rozpisana dopiero na 14 stronie (czyli 10 stronie zasadniczego tekstu scenariusza). W ogóle zresztą niezbyt dużo się w scenariuszu dzieje.
2. Sporo tych bohaterów niezależnych – łącznie kilkanaścioro! W trakcie sesji niełatwo będzie graczom zapamiętać ich wszystkich, zwłaszcza że większość postaci nie ma dla siebie charakterystycznych scen, lecz jest zbiorowo przedstawiana drużynie. Poza tym nie bardzo wiadomo, jak odgrywać tych BN-ów – na przykład Zbigniew Husarski jest człowiekiem bez właściwości, nie ma żadnych określonych cech osobowościowych. W moim przekonaniu trzeba okroić liczbę ważnych postaci przynajmniej o połowę, a następnie dla ocalałych bohaterów niezależnych opracować sceny, które wyraźnie pokażą ich najważniejsze cechy (niechby i stereotypowe). Inaczej grający będą się gubić w tłumie BN-ów.
3. Nie bardzo mi się podoba pierwsza scena (znalezienie bagaży). Ani nie pomaga się poznać bohaterom graczy, ani nie zapowiada późniejszych wydarzeń czy postaci; nie jest też ani specjalnie emocjonująca (porażka nie ma żadnych określonych negatywnych konsekwencji), ani szalenie klimatyczna. Lepiej byłoby opracować scenę, która od samego początku mocno wciągnie graczy w przygodę.
4. Sceny obowiązkowe i opcjonalne nie odróżniają się od siebie na pierwszy rzut oka, nie ma też żadnego spisu zbiorczego jednych i drugich. To trochę utrudnia orientację w tekście – może trzeba było przygotować taki spis i/albo nadać scenom opcjonalnym nieco inną formę graficzną (ramka, zmiana czcionki itp.)?

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod e-mailem: repek@polter.pl

Rzeczy godne uznania:
1. Streszczenie na początku.

Rzeczy warte rozpatrzenia:
1. Przytłaczająca ilość BNów.
2. Czy scena poszukiwania walizek na dworcu ma jakikolwiek głębszy sens?
3. Wilki zwabione gulaszem, by zaatakować podróżnych.
4. Podkręcenie tempa. W obecnym kształcie fabuła trochę się snuje. Do sceny „Duchy!” BG chodzą po zamku i słuchają opowieści.
5. BG są jakoś związani z gospodarzem, książka podobno ich dotyczy. Niespecjalnie da się to odczuć w scenariuszu.

Ogółem:
Zgodnie z deklaracją autora, scenariusz przeznaczony do Wolsunga. Bardziej jednak można tutaj mówić o autorskim settingu opartym na polskich powieściach gotyckich. Podstawowy problem scenariusza to brak skupienia na postaciach BG. Ważniejszy jest zamek, historia z przeszłości i postaci BNów, którzy podejmują różne akcje. Całość przypomina raczej historię o duchach, którą opowiada się sobie przy ognisku.

Michał Mochocki

Tekst przypomina mi nie “Straszny dwór”, lecz stare brytyjskie filmy familijne o nawiedzonych zamkach, a to niedobrze, bo nigdy mi się nie podobały. Staram się tę “niechęć gatunkową” przełamać i znaleźć coś, co mógłbym polubić, lecz bez większych efektów. Rozwleczony wstęp salonowo-towarzyski nie porywa, gonitwa z fałszywymi duchami to praktycznie żadne wyzwanie, zaś rozprawa z autentycznym duchem także wygląda mi banalnie. Ot, dogonić i przekonać, że się pomylił. Obiecującym wątkiem do rozwinięcia byłyby “dziwne badania dla cara” prowadzone za życia przez naszego obecnego ducha, o nich jednak słyszymy nic nie mówiącą wzmiankę. Ciekawym pomysłem jest mechanika wydobywania informacji z pamiętników; to zaliczam “na plus”.

Machina wojenna

Scenariusz Konkursowy:

Finalista

Machina wojenna Marek “Planetourist” Golonka

System: Wolsung

Setting: Wolsung: Lyonesse i kurort Brightbay

Gotowa mechanika: Wolsung

Modyfikacje zasad: na początku uproszczona mechanika, mająca na celu zapoznanie nowych graczów

Ilość graczy: dowolna

Gotowe postacie: brak (sugestie)

Ilość sesji: 3

Dodatki: brak

Opis: W dzielnicy fabrycznej Lyonesse zbuntowana maszyna różnicowa snuje spisek mający pogrążyć świat w wojnie i przynieść jej krociowe zyski. By ją powstrzymać, Niezwykłe Damy i Dżentelmeni muszą zmierzyć się z venrierowcami, Upiorem Opery, Zakonem Żelaznej Panienki i prawem spadkowym Alfheimu. Czy podołają tak wielkim wyzwaniom? Przekonajmy się!

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Mateusz Budziakowski

Kawał scenariusza, tekst imponuje rozmachem, technicznie jest bez zarzutu. Brakuje jednak czegoś co pozwoliłoby mi go zapamiętać na dłużej, niestety powracający venrierowcy to motyw oklepany i stary jak sam Wolsung. Co nie zmienia faktu że gdyby tekst nieco podrasować (na przykład odświeżyć zmieniając pochodzenie antagonistów i akcentując cechy innych krain, a nie ciągle Alfheim i
Wotania) nadałby się nawet do druku. Duży plus w każdym razie. No i na pewno jest to najlepszy ze wszystkich 4 scenariuszy wolsungowych w tej edycji. Autorze – wystartuj koniecznie w następnej edycji!

Jakub Osiejewski

Czytając scenariusz coraz bardziej nakręcałem się na rozpoczęcie kampanii w tym stylu. Masa znakomitych pomysłów (upiór opery, Indiana Mickiewicz!). Ale im dalej, tym trudniej, zapał z czasem przygasł nieco – ale nigdy nie zgasł. Sam nie przetestowałem swoich przygód quentinowych do końca, wiem jak jest. Tym niemniej trudno uważać to za wadę – przecież prowadząc scenariusz MG też będzie musiał dozować napięcie.

Scenariusz bardzo dobrze spełnia swoje założenie wprowadzania grających w mechanikę Wolsunga. Antagoniści są bardzo dobrze przemyślani (choć pomysł na czołg jest taki… mało wolsungowy), a scenariusz ma jeden z lepszych pomysłów na wątek romansowy – szkoda jednak, że po zakończeniu przygody miłość bohatera znika gdzieś w tle.

Nie wszystkie pomysły jednak pasują do Wolsunga czy zgodne są z realiami systemu – np. Nazwane Golemy to coś więcej niż tylko maszyny posiadające Imię (ale nie ma to znaczenia dla przebiegu przygody).

Mateusz Wielgosz

Kuźnia Gier powinna to wydać. Ta mini-kampania jest świetnym wprowadzeniem w Wolsunga i jego mechanikę. Niestety fabularnie nie porywa.

Autor bardzo sprawnie i konsekwentnie realizuje swój plan – z sesji na sesję mamy kolejne style, kolejne porcje mechaniki. Wszystko jest dobrze przemyślane i poukładane. Jest streszczenie, deklaracja co i czemu służy, BNi opisani są zarówno mechanicznie jak i pod względem swoich dążeń i motywacji, co bardzo ułatwi ich prowadzenie. Dużo jest bardzo praktycznych wskazówek np. że wpierw warto poświęcić chwilę na ekspozycję postaci, a potem zaserwować wprawkę do mechaniki itd.

Wielkie pochwały należą się za dobre nawyki u autora – np. zostawia sobie furtki na wypadek gdyby śledztwo się udławiło, wyjaśnia czemu służą poszczególne sceny czy konfrontacje. Kolejny plus za zebranie różności z trzech sesji, które mogą się na różne sposoby przewinąć przez czwartą, finałową przygodę. Dobry ruch, który nadaje ciągłości całej kampanii.

Ostatecznie jednak najlepszy nawet tutorial do gry fabularnej, nie jest zarazem najlepszym scenariuszem do gry fabularnej. Machina Wojenna jako scenariusz jest tylko dobra. To świetnie opakowany dobry scenariusz warty lektury i uwagi, niekoniecznie jednak nagrody w tym konkursie.

Michał Smoleń

Robota doświadczonego autora: dobra forma, streszczenie, od razu wiadomo, o co chodzi w tym tekście. Chyba najbardziej świadome operowanie mechaniką gry fabularnej w tej edycji Quentina. Nieukrywanie inspiracji (także mniej udanym scenariuszami!) niewątpliwie wzbudza sympatię.

Natomiast w szczegółach… Praca wydaje się trochę niewykończona. W Wolsungu nie wstydzimy się archetypicznych antagonistów, ale wykorzystanie Ven Rierowców wydaje się jednym krokiem do sztampy za daleko. Tekst jest w gruncie rzeczy dosyć nierówny – mam liczne, bardzo szczegółowe zastrzeżenia, które mogą jednak wynikać w dużej mierze z mojej znajomości i „wyczucia” systemu. Niektóre sceny nieszczególnie zapadają w pamięć, a finał w tej formie stanowczo zasługuje na rozwinięcie. Mimo wszystko: najlepsza przygoda do Wolsunga w tej edycji.

Michał Sołtysiak

Po lekturze miałem niezły zgryz, bo ten scenariusz jest świetnym wstępem do grania w RPG i jako taki moim zdaniem zasługuje na najwyższą pochwałę. Jednak konkurs Quentina, nie może opierać się na ocenianiu wkładu w propagowanie RPG, choćby to nawet był dobry polski system. Oceniamy jakość i satysfakcję z grania w przesłane nam scenariusze.

Tutaj mamy konsekwentnie prowadzoną krótką kampanię, wprowadzającą etapowo coraz bardziej skomplikowane elementy mechaniki systemu, zaznajamiając przy tym graczy z wszelkimi fajerwerkami, jaki oferuje Wolsung. Tylko, że sama intryga jest dobra, ale nie rewelacyjna. Będzie wspaniałym materiałem na sesje dla początkujących, ale tle innych prac, jeśli chodzi o fabułę, nie przynosi olśnienia i po prostu jest to dobry scenariusz.

Dla mnie to finalista jeśli chodzi o jakość, ale niestety nie dałbym Quentina. Mam za to nadzieję, że po poprawkach scenariusz zostanie wydany, jako oficjalny materiał do systemu, bo jest tego wart.

Największa zaleta:
Świetne i konsekwentne wprowadzenie do systemu.
Największa wada:
Dobra, porządna przygoda, ale nie porywa.

Artur Ganszyniec

Kampania po trzykroć wprowadzająca do Wolsunga dla dowolnych postaci.
Jest bardzo przygodowo, pierwsze przygody są dobrze zaplanowane i świetnie napisane. Czyta się doskonale i z uśmiechem na ustach. Do tego część z rozwiązań mechanicznych (karty za wydarzenia fabularne) mam ochotę przemycić do oficjalnych reguł.

Niestety scenariusz rozgrywający się w operze jest już trochę zbyt chaotyczny, a część czwarta jest po prostu niedokończona, choć wciąż pełna pomysłów. Dokładnie widać, w które części autor miał okazję zagrać przed napisaniem, a które powstały na sucho. Nie jest to moje pierwsze miejsce, ale zdecydowanie jest to dobry materiał.

Stanisław Krawczyk

Ogólna ocena
Scenariusz nie do końca dopracowany, ale i tak znakomicie spełniający funkcję wprowadzenia do Wolsunga. Machina wojenna jest doskonałym przykładem tekstu z czytelnym głównym zamysłem (tutaj dodatkowo po części metagrowym), którego wpływ widać prawie wszędzie. Wiadomo, z czego wynikają poszczególne komponenty scenariusza i czemu służą. Kto chce pisać spójne teksty, ten może się z Machiny… wiele nauczyć.

Zarówno mocne, jak i słabsze strony scenariusza staram się omawiać w kolejności od najistotniejszej do najmniej ważnej.

Na plus
1. Świetny i świeży pomysł na wprowadzenie początkujących graczy w mechanikę i świat Wolsunga, dobrze wytłumaczony we wstępie i zrealizowany w tekście głównym, nadający spójność całemu tekstowi scenariusza. Brawo!
2. Pełne i pomysłowe (np. zdolności Upiora Opery na s. 13, wręczenie graczom asa na s. 19 i damy na s. 23) opracowanie mechaniczne wielu ważnych postaci, testów i konfrontacji.
3. Postać Upiora Opery – interesujące i nieco mroczne przetworzenie znanego motywu.
4. „Rzesza knuje! Rzesza knuje! Szybko! Szybko!” (s. 14). A także inne humorystyczne, niekiedy montypythonowskie fragmenty scenariusza (na s. 17: „Jedna [zębatka] wystarczy”, na s. 18: „Bezduszny Kapitalista™”, na s. 23: „To nie rodzic – to ghule!”, na s. 25 „Mickiewicz w stroju Indiany Jonesa” itd.).
5. Przedstawienie inspiracji, które pomaga lepiej zrozumieć ducha scenariusza i jest miłym sposobem na docenienie wkładu poprzedników.
6. Spis treści, wstęp, rzut oka na fabułę – krótko i na temat.

Na minus
1. Braki w scenariuszu (np. w przygotowaniu czwartej sesji), z których zresztą autor zdawał sobie sprawę. Dodam, że z retorycznego punktu widzenia ryzykowne jest tłumaczenie się z takich niedociągnięć (s. 6: niewymienienie filmów o nazistach, s. 37: wzmianka o braku czasu, s. 39: przeprosiny). Cenię uczciwość, ale najlepszą formą w takich wypadkach wydaje się krótka i rzeczowa informacja – bez rozpisywania się na temat podłoża słabości scenariusza.
2. Na stronie 14 tekst napomyka o nienawiści bohaterów do Dzieci Nieumarłej Rzeszy. Dobrze byłoby o niej wspomnieć już na etapie tworzenia postaci, a może też wykorzystać ten motyw do połączenia drużyny w całość (ta niekoniecznie łatwa kwestia jest w scenariusza nieomal przemilczana).
3. Dość liczne niedopatrzenia językowe, które należałoby wyeliminować podczas korekty (np. na stronie 7: „było by” zamiast „byłoby”, powtórzone słowo „wykorzystanie”, „ilość kart” zamiast „liczby”). Na szczęście jednak usterki te nie czynią tekstu niezrozumiałym, więc ich znaczenie jest niewielkie, podobnie jak okazjonalnych szwów redakcyjnych (na s. 25 dowiadujemy się, że statystyki ven Zauberfausta zostaną podane na końcu scenariusza, podczas gdy w ostatecznej wersji pliku umieszczono je we wcześniejszej jego części).
4. Detal. Na stronie 5 czytamy: „Jeden z Dżentelmenów być może zakocha się w siostrzenicy Griddsa (za zgodą gracza, naturalnie)”, później natomiast mowa jest o tym, że któryś bohater „powinien się zakochać” (s. 9). Odrobinę to niejasne, lepiej byłoby już za pierwszym razem powiedzieć wprost, iż wątek miłosny jest ważny i jeśli tylko się uda, warto pozyskać na niego zgodę któregoś z graczy (a jeżeli nie, to do gry wejdzie rozwiązanie awaryjne z bohaterem niezależnym).

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod e-mailem: repek@polter.pl

Rzeczy godne uznania:
1. Streszczenie kampanii na samym początku oraz rozplanowanie kampanii na sesje.
2. Pozytywistyczne ideały autora oraz interesujący pomysł mechaniki wprowadzenia nowych graczy w system.
3. Lista inspiracji, która może pomóc MG.
4. Dobry pomysł z nazwaniem wybranki serca lub wybraniem jej motywu muzycznego (to nawet lepsze!) przez gracza, ale… (patrz punkt 1 poniżej).
5. Dobre nazwisko dla Griddsa oraz pseudonim Zauberfausta.
6. Kilka scen, np. w operze, ma potencjał dla widowiskowych popisów DG.

Rzeczy warte rozpatrzenia:
1. Fajnie, że jest wątek romantyczny, ale doświadczony MG – znając swojego gracza – może zrobić go nieco mniej łopatologicznie. Czyli nie oddając całej kreacji w ręce gracza i nie informując go od początku, że będzie miał taki fajny motyw. Oczywiście musi mieć pewność, że gracz lubi takie wątki. W przeciwnym razie rozwiązanie autora, by wszystko ustalić z góry, jest bezpieczniejsze.
2. Jeżeli jeden gracz (dlaczego nie graczka?) może dostać wymagający i absorbujący motyw romansu, to dlaczego pozostali nie mają żadnego wątku indywidualnego? Z tego powodu potęguje się totalna pretekstowość udziału DG w intrydze.
3. Nawiązania do Rzeszy i nazizmu to wątek obecny w Wolsungu. W scenariuszu RPG, szczególnie konkursowym, dość istotna jest jednak pomysłowość i odrobina oryginalności, więc akurat ten motyw pochodzi z dość niskiej (w zasadzie najniższej) popkulturowo półki.
4. Opis wyzwań warto pisać krócej, ograniczając się do meritum – kto, z kim, w jakich okolicznościach. Przykładowo, w finale pierwszej sesji opis tego akapitu jest niepotrzebnie rozwleczony.
5. BNi popełniający samobójstwo po porażce wypadają słabo. Już bardziej przekonująco wychodzi walka do śmierci, nawet wbrew rozsądkowi.
6. Motyw z ghulami, które mogą rozszarpać małe dzieci, jest dość słaby (finezji w nim nie za wiele), a przy tym nie bardzo pasujący do lekkiej konwencji scenariusza.
7. Motyw zakochania mocno na siłę. Takie sceny, o ile nie mają być czysto umowne i mechaniczne, trzeba odpowiednio zbudować, podporządkowując im znaczną część sesji.
8. Szkoda, że autor ze względu na normalne życie, nie miał czasu spisać planu ostatniej sesji. Bez względu na powody, bardzo psuje to ostateczne wrażenie – zwłaszcza przy nadmiernie wręcz rozpisanych poprzednich epizodach.
9. Autor pisze, że bał się spisać statystyki Profita, żeby nie przegiąć, więc zostawił to MG. Mógł je spokojnie spisać – najwyżej MG by odkroił statystykę czy dwie i miał mniej roboty.

Ogółem:
Ciekawy i godny pochwały pomysł wprowadzenia graczy w system poprzez minikampanię prezentującą świat. Całość posiada jednak zasadniczą wadę, która jest udziałem wielu scenariuszy – DG biorą udział w intrydze, która (poza potencjalnie jednym z nich) w ogóle ich nie dotyczy. Szkoda, że nauka systemu nie została tutaj pogodzona z tym, co jest fajne w RPG w ogóle, bez względu na uniwersum.

Michał Mochocki

Doskonale skonstruowana i przemyślana fabuła z dodatkową warstwą: kilkustopniowym wprowadzeniem do mechaniki Wolsunga. Podoba mi się umiejętne łączenie salonów, eksploracji i walki; podobają mi się barwne postacie, niekiedy humorystycznie nawiązujące do innych tekstów kultury (np. Mickiewicza); podoba mi się dbałość o alternatywne rozwiązania pewnych wyzwań, jeśli gracze nie dadzą się poprowadzić według planu. Trochę rozczarował mnie finał, którego autor właściwie nie napisał, powierzając to mistrzowi gry. Dam się przekonać, że pozamykanie wątków w scenie finałowej rzeczywiście warto zostawić dla MG, bo powinno być oparte na wydarzeniach z konkretnej sesji, których autor nie może przewidzieć. Ale brak charakterystyki Głównego Złego (Profita) to już przesada. Najwyraźniej autorowi zabrakło trochę czasu na dokończenie tekstu. (Lenistwa mu nie zarzucę, doceniając ogrom pracy włożony w poprzednie części.)

Testament Theodora Sixta

Scenariusz Konkursowy:

 

Testament Theodora Sixta Marcin ‘Nicram’ Kubiesa

 

System: Wolsung

Setting: Wolsung, Dymnik w Slavii

Gotowa mechanika: Wolsung

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: 3

Gotowe postacie: tak

Ilość sesji: 2+

Dodatki: brak

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Marcin Blacha

Wojciech Doraczyński

Nie zachwyciła mnie ta przygoda. Brakuje jej lekkości oficjalnych materiałów Wolsungowych i wielu fanowskich scenariuszy. Lektura spisanego jednym ciągiem tekstu bywa czasem nużąca. Gotowe postacie nie należą do moich ulubionych rozwiązań. Uczciwie jednak przyznaję, że tej przygody nie da się rozegrać dowolną drużyną Dam i Dżentelmenów.

Choć fabuła jest interesująca, ma jedną zasadniczą wadę – gracze przez większość scen prowadzeni są za rączkę. Bohaterowie niezależni (szczególnie Julijan Orkhorowicz) mają też za dużo do roboty w tej przygodzie, co naturalnie ogranicza możliwości drużyny. Ta zresztą ma się okazję wykazać inwencją w kilku tylko momentach, np. podczas zdobycia księgi z antykwariatu, czy sceny pościgu, nawiasem mówiąc, całkiem niezłego.

Podobają mi się sceny, w których dybuk straszy bohaterów, podoba mi się opowiedziana historia, ale sposób w jaki to wszystko zaprezentowano zupełnie mnie nie przekonuje. Sądzę, że na sesji nudziłbym się śmiertelnie.

Artur Ganszyniec

Utrzymana w klimacie gotyckiego horroru opowieść o mrocznych tajemnicach rodziny bohaterów. Podoba mi się. Postaci są zadane – bardzo klimatyczne i elegancko dostosowane do wyzwań czekających podczas przygody.

Intryga trzyma się kupy, retrospekcje emocjonujące i ciekawie wprowadzone, dużo konfliktów, z których większość jest bardzo dobrze uzasadniona rozwojem akcji. Całość zwieńczona spektakularną, poprowadzoną z porywającym rozmachem, konfrontacją Dzieje się.

Można trochę narzekać na nadmiar psów z wykręconymi głowami i na pewne niespójności w konstrukcji scenariusza (zapowiadany meta-mechanizm z żetonami nie pojawia się, część ze zdolność głównego przeciwnika nie zostaje wystarczająco zapowiedziana, moment, w którym bohaterowie poznają naturę głównego złego też jest niejasny).

Całość jednak bardzo zgrabna i z wszech miar godna polecenia.

Marcin Guzy

Stanisław Krawczyk

Co mi się podobało:
1. Scenariusz jasno podzielony na sceny, zróżnicowane i dobrze przygotowane. Podoba mi się naprzemienność: w pierwszej scenie gracze mają spore możliwości odgrywania postaci, druga jest właściwie monologiem MG (ale za to efektownym), w scenie trzeciej znowu gracze mogą się pobawić swoimi postaciami, scena czwarta wprowadza nowy zabieg narracyjny: retrospekcję. I tak dalej. Cenne jest także przeplatanie scen pełnych napięcia (np. druga, czwarta) scenami spokojniejszymi.
2. Bohaterowie graczy są nieprzypadkowi; to w znacznej mierze o nich jest ta przygoda. Równocześnie BG mają silną motywację do tego, aby trzymać się razem.
3. Duże wyczucie konwencji i wiele pomysłów, które powinny bardzo dobrze się sprawdzić na sesji. Hasłowo: filmowość całego scenariusza.
4. Bogate retrospekcje, w których aktywni mogą być za każdym razem wszyscy gracze.
5. Dobry poziom poprawności językowej.
6. Osadzenie horroru w świecie Wolsunga – to rzadki zabieg, a jak się okazuje, można go z powodzeniem zastosować.
7. Staranne opracowanie mechaniczne poszczególnych postaci w końcowej części tekstu.
8. Ciekawie przedstawiony Ivonar: na jednej stronie zmieściło się nie tylko spektakularne wydarzenie z jego historii, ale też opis zmiany, jaka zaszła w statusie społecznym i majątku pięściarza w wyniku dawnych zdarzeń. Również Viktor ma interesującą przeszłość: niebanalne dokonanie na koncie, ale i pewnego rodzaju uraz.
9. Dynamiczna prezentacja postaci (strona 8) to dobra rzecz! Poza tym widzę duży potencjał w zestawieniu dawnych heroicznych dokonańn Ivonara i Viktora z ich zgoła niebohaterskim stanem na początku właściwej przygody. (Może warto by było to nawet jeszcze rozwinąć, zasugerować MG uwypuklenie tego kontrastu?).
10. Kilkakrotnie zaznaczane w tekście możliwości uzyskiwania żetonów, zachęcające graczy do aktywnej gry.
11. Szybko i sprawnie nakreślona postać Joachima, który rzeczywiście może okazać się przydatnym narzędziem do rozluźniania atmosfery w chwilach nadmiernego napięcia.
12. Umieszczenie na początku tekstu ostrzeżenia o tematyce rozgrywki.
13. Krótkie, bo krótkie, ale cenne – wskazanie tekstów kultury, które inspirowały autora podczas pisania scenariusza.
14. Ostatnie słowo: miły akcent na koniec lektury.

Co bym zmienił:
1. Julijan jest zbyt aktywny – to BG powinni wykonywać wszelkie najważniejsze działania, bo to o nich przecież jest ta opowieść.
2. Brakuje mi pokazania skutków majątkowego i społecznego upadku Ivonara dla psychiki postaci, jej motywacji, sposobu odgrywania. Analogicznie z Viktorem: jakie znaczenie ma dla niego pamięć o wojnie? Podobne zjawisko widzę u Carla Corna – wiemy, jak wygląda, ale nie wiadomo, jak go odgrywać (chociaż tutaj jest to znacznie mniej istotne, bo mówimy o BN-ie).
3. Lilianna w porównaniu z bohaterami męskimi jest postacią odrobinę nudną, w swojej psychice pozbawioną wady, pęknięcia, a w swej historii – pozbawioną konfliktu.
4. Zarówno w scenie czwartej, jak i siódmej to Lilianna podejmuje kluczowe działania. W pewnym sensie jest to rekompensata za to, o czym mowa powyżej; wolałbym jednak, aby i podział ról w retrospekcjach, i jakość opisu BG były nieco bardziej zrównoważone.
5. Treść ostrzeżenia ze strony 1 należałoby może w rozmowie z graczami ująć trochę mocniej, niż sugeruje tekst. Na przykład „poruszanie tematu śmierci dziecka” może zostać odczytane jako informacja, że ten temat pojawi się gdzieś w tle. A tymczasem osoba grająca Lilianną będzie w pewnym momencie odgrywać matkę, która straciła dziecko i właśnie popełnia samobójstwo – to może być dość ryzykowna scena. To samo dotyczy seansu spirytystycznego, który ma być odgrywany niczym w LARP-ie, a nie po prostu się pojawić.
6. Odniosłem wrażenie, że scena druga byłaby jeszcze mocniejsza bez pokazywania „czarnej, lekko przezroczystej postaci”. Tak jak to często bywa w horrorach: na początku możemy jeszcze się łudzić, że wszystko da się racjonalnie wytłumaczyć (sekretarzyk mógł przecież zostać wcześniej odpowiednio zaprogramowany… prawda?).
7. Historia na stronach 2 i 3 wygląda trochę zbyt groteskowo, nieco za dużo postaci umiera w ciągu kilkunastu zdań. Zmniejszyłbym liczbę trupów.
8. Zdanie dotyczące urazów psychicznych na końcu strony 1 wydaje mi się trochę przesadzone.
9. Nie zaszkodziłoby, żeby BG przynajmniej raz w trakcie przygody zobaczyli trolla, który pojawi się potem w scenie trzynastej. W ten sposób nie będzie to już postać całkowicie anonimowa; będzie też wiadomo, skąd dybuk wziął sobie tego sługę.
10. Czy jest sens, żeby Julijan za drugim razem (s. 26) zapewniał BG, że pozostanie w kręgu ich ochroni, skoro poprzednio nic z tego nie wyszło?

Magdalena Madej-Reputakowska

Tomasz Z. Majkowski

„Wolsung” – gra o niezwykłych damach i dżentelmenach. Oraz, jak się okazuje, ożywionych noworodkach, samobójstwach z rozpaczy, wyrzutach sumienia oraz rewolucjach. Z bohaterami niezależnymi, którzy na wszelki wypadek odwalają za drużynę robotę. Bo zadaniem graczy jest siedzieć i się przejmować.

Biorą przecież udział w przygodzie, w której gotycyzm wymknął się spod kontroli i atakuje z całą przesadą. Drzwi zamykają się z trzaskiem, wierni służący skrywają straszliwe tajemnice, suknie balowe powodują opętanie, duchy wciągają graczy w retrospekcje. I wszystko to byłoby nawet zabawne, jak „Zagłada domu Usherów” czy inne egzaltowane opowiadanie Poego, gdyby nie centralna tematyka, potraktowana z całą powagą i zgrozą sytuacji, gdy dziecko rodzi się martwe, a jego matka, oszalała z żalu, popełnia czyny straszne. Gdyby antagonistą nie był nieszczęsny osesek.

Bo albo bawimy się w gotycką przesadę, która jest śmieszna, albo chcemy na poważnie opowiadać o ludzkich tragediach. Inaczej wychodzi niesmacznie.

Na własną odpowiedzialność – po lekturze trzeba zabić czymś absmak.

Michał Mochocki

Przygoda ambitna i kontrowersyjna, dla graczy, którzy nie wzdragają się przed drastycznymi tematami. Daleka od wolsungowego hurraoptymizmu, a bliższa personal horrorowi w stylu White Wolfa. I – niestety – cierpiąca na powszechną bolączkę scenariuszy tego typu, jaką jest nadmierne skupienie na nastroju i emocjach bohaterów kosztem swobody działania. Dodajmy: na emocjach bohaterów, które MG ma starać się wcisnąć postaciom czy tego chcą czy nie. Od strony dramatycznej i horrorowej ma duży potencjał, czerpiąc i z klasycznej grozy gotyckiej i z horroru filmowego. Zastanawiam się jednak, czy efektowne sceny z “Nienarodzonego” dadzą się równie efektownie przełożyć na sesję RPG. Fabuła mocno liniowa, dająca mało inicjatywy graczom. Dopiero w finałowych scenach jest pole do popisu, ale ograniczone raczej do taktyki na polu walki. Interesujący w czytaniu, na sesji może rozczarować.

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod e-mailem: repek@polter.pl

Rzeczy godne uznania:
1. Gotowe postaci dopasowane do historii stojącej za scenariuszem, w tym – jedna z trzech w tej edycji – ciekawa bohaterka kobieca.
2. Pełna rozpiska mechaniki przy przeciwnikach.
3. Klarowne rozpisanie scenariusza na sceny, choć już z samych akapitów trzeba wyławiać informacje, bo scenariusz jest spisany ciągłym tekstem.
4. Dobry pomysł na wymyślenie przez graczy gadżetów, które dodają bonus do testów odwagi.
5. Ciekawa retrospekcja z Lilianą w roli głównej (zwłaszcza momenty wejścia i wyjścia), ale tylko dla graczy, którym nie przeszkadza, że nie będą mieli wielkiego wpływu na rozwój wypadków w tej scenie.
6. Rozsądne ostrzeżenie na początku scenariusza. Nie każdy – nawet w dość pulpowej konwencji – musi lubić zabijanie noworodków (nawet jeśli siedzi w nich demon).

Rzeczy warte rozpatrzenia:
1. Gracze powinni sami opisywać swoje postaci na początku przygody.
2. W retrospekcjach trzeba bardzo uważać, by nie skończyły się na opowiadaniu graczom, co się działo w przeszłości. W przedstawionej wersji autor zakłada, co w retrospekcjach robią pozostali gracze, wcielający się w BNów. Nie wiadomo, czy to taka forma podania tekstu czy faktyczne założenie. Autor nie jest tutaj bowiem konsekwentny i raz zachęca MG, by oddawał graczom decyzje, by po chwili narzucać swoje rozwiązania (zapewne w obawie nad utratą spójności historii).
3. Opisywanie graczowi/graczce emocji jego/jej postaci to słaby i dość nahalny pomysł. Gracz powinien „odczuwać” emocje postaci na podstawie tego, co się dzieje w świecie przedstawionym na sesji.
4. Profesje poszczególnych postaci nie mają wielkiego znaczenia dla przebiegu scenariusza. To interesujące koncepcje, ale niewiele wnoszące go tematu przygody.
5. Gracze mają prawo poczuć się pionkami w intrydze Theodora, którą realizuje Julijan.
6. Zdecydowanie odgrywanie prawdziwej sesji spirytystycznej to nie jest pomysł dla każdego. I to właśnie raczej z powodu komiczności i sztuczności takiej sceny dla wielu ludzi, a nie tego, że można przywołać niechcący „złego ducha”.

Ogółem:
Scenariusz w konwencji horroru, którego spora część rzeczywiście rozgrywa się na styku świata realnego i astralnego. Przy dobrym poprowadzeniu może naprawdę wywołać (przyjemny) dreszczyk grozy. Największą wadą scenariusza jest sposób spisania niektórych scen, zbyt mocno zakładający działania graczy. W efekcie pojawia się wrażenie, że w dużej mierze – poza opartym na pościgu finałem – będą oni raczej biernymi, a nie aktywnymi uczestnikami fabuły, mającymi realny wpływ na jej przebieg.

Aleksander Ryłko

Tu przejdę od razu do głównego zarzutu. Tylko jednego, ale w mojej opinii bardzo poważnego. Za mało zależy tu od graczy – są sprowadzeni jedynie do poziomu aktorów, a chciałoby się, by byli współtwórcami. Testament opowiada fajną historię, przygotowani bohaterowie tworzą barwną całość, a podczas lektury jest to jeden z najprzyjemniejszych tekstów tej edycji. Wszystko to jednak rozbija się o niedużą rolę graczy. A przecież powinni być w centrum akcji.

Michał Smoleń

Nierówny scenariusz, zawierający zarówno świetne patenty, jak i spore wpadki, którego recepcja i wykorzystanie jest utrudnione przez raczej ciężkawy język i prawdziwą zmorę quentinowych scenariuszy, a więc formę opowiadania.

Dużą zaletą przygody są gotowe postaci: trójka zupełnie różnych bohaterów, połączona osobą adopcyjnego ojca. Co więcej, dzięki zaproponowanym scenkom prezentującym osiągnięcia bohaterów, postacie te będą wyraziste od samego początku scenariusza. Oczywiście, w tych scenach prologu od razu wiadomo, co się wydarzy: autor radzi nawet nie wykorzystywać mechaniki skoro wiadomo, że ta scena ma przedstawiać np. największe zwycięstwo boksera. O ile jednak sprawdza się to w tych scenkach, o tyle potem powtarza się to wielokrotnie, szczególnie w scenach retrospekcji, ale nie tylko. Bohaterowie są prowadzeni za rączkę po zaprojektowanej przez autora fabule. Może to wynikać z teatralnej inspiracji, do której się on przyznaje. Autor zbyt boi się więc o losy swojej historii (rzeczywiście, całkiem ciekawej), by oddać ją w ręce graczy. Obawiam się, że większości z nich nie przypadnie to do gustu.

„Testament…” to horror i zdarzają się sceny, które udanie kreują nastrój zagrożenia i niesamowitości (atak demona podczas odczytywania testamentu czy wizyta w niezwykłym ogrodzie), choć czasami wypadają słabiej (za dużo złowrogich psów i odwróconych głów). Także i retrospekcje mogłyby być bardzo klimatycznymi scenami, niestety, nie są one zbyt skuteczne ze względu na zbyt małą swobodę pozostawioną graczom.

Scenariusz przeznaczony jest do Wolsunga i obywa się bez większych wpadek z koszernością. Autor zamieścił także statystyki antagonistów: niezbyt interesujące, ale raczej poprawne. „Testament Theodora Sixta” jest więc przygodą, którą można się zainteresować i nawet rozegrać, ale też klasycznym przykładem na fajny pomysł na opowieść przytłaczający swobodę graczy. Scenariusz do RPG nie jest opowiadaniem czy sztuką teatralną i powinno to być głównym mottem wszystkich, chcących dokonać przeniesienia historii z jednej sfery to drugiej.

Michał Sołtysiak

Szokowanie tematyką bardzo nie wyszło autorowi na zdrowie. Problem tragedii matki tracącej dziecko jest nośnym tematem, ale wymaga odpowiedniejszego podejścia, bo inaczej pozostawia niesmak. Tak jest tutaj, bo gotycka, groteskowa przesada w fabule nijak nie pasuje do atmosfery głównego wątku.

Dodatkowo gracze nie mają nic tu do roboty, nic poza obserwowaniem i emocjonowaniem się tematem. Ten zarzut by wystarczył, bo nie przepadam za sesjami-przedstawieniami jednego aktora (znaczy się MG), ale dodatkowo nieumiejętne szokowanie tematyką jeszcze bardziej odwiodło mnie od głosowania na ten scenariusz.

Paweł Stasik

Horror w świecie Wolsunga. A dokładniej w Slawii. Inspirowany sztuką teatralną. Bohaterowie to adaptowane dzieci filantropa i będą musieli się zmierzyć z duchem mrocznej przyrodniej siostry.

Liniowa historia, w której jedyne, co sprawia, że bohaterowie biorą w niej udział, to fakt, że muszą. Gracze nie maja zbyt wielu miejsc do wykazania się, a większość wydarzeń się po prostu dzieje. Całość jest spisana w dość nieprzystępny sposób. Historia rodziny jest rzeczywiście smutna, zastosowane retrospekcje, to dobry sposób na przekazanie opowieści, jednak niewiele z całości wynika dla graczy. Nawet pomoc w pokonaniu ducha zjawia się sama i sama doradza, co powinno się dalej zrobić. Niektóre sceny rzeczywiście są efektowne, ale to stanowczo za mało. Autor ostrzega przed popadaniem w groteskę przy opisach, jednak czasem sam popełnia ten błąd („i sra na wszystko wokoło, jak to harpie”). Na kartach postaci nie znalazł się zaznaczony poziom bohaterów (przemilczę fakt, że jedna postać zaczyna jako spłukana, co nie ma odwzorowania na karcie również).

Bardziej niż scenariusz jest to opowiadanie, w którym czasem gracze dostają do wykonania konkretne zadanie. Opowiedziana historia może zainteresować, ale gracze mają na nią prawie znikomy wpływ. Dość słaba praca.

Ruiny Wolfenburga

Scenariusz Konkursowy:

 Wyróżnienie

Ruiny Wolfenburga Jan ‘Wędrowycz’ Jęcz

 

System: Wolsung

Setting: Wolsung (Wolfenburg w Milczącej Puszczy)

Gotowa mechanika: Wolsung

Modyfikacje zasad:brak

Ilość graczy: 4

Gotowe postacie:tak

Ilość sesji:1

Dodatki:plany lokacji

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Marcin Blacha

Wojciech Doraczyński

Nie lubię scenariuszy z gotowymi postaciami, więc i “Ruiny” na samym początku straciły wiele w moich oczach. Szkoda, gdyż jest to scenariusz sam w sobie znakomity, zaś czwórka agentów jest w nim zupełnie niepotrzebna. Zaraz dowiemy się dlaczego.

Przede wszystkim, jest to jeden z lepszych scenariuszy przygodowych jakie ostatnio czytałem. Mamy tu wartką akcję, trochę walki, trochę ukrywania się, działającą na wyobraźnię lokację (“ruiny nazistowskiej twierdzy”) i ciekawych przeciwników. Wszystko w stu procentach zgodne z realiami i estetyką Wolsunga. Autor na stałe zawłaszczył “Wilczy Szaniec” ven Riera, już go w Wolsungu chyba nikt nie wykorzysta. Za Wolfenburg należą się zresztą największe pochwały, to niebagatelne tło dla awanturniczej przygody.

Podobał mi się sposób, w jaki rozpisano sceny w akcie II. Drużyna ma możliwość swobodnego poruszania się wewnątrz murów, lecz wciąż musi pamiętać o niebezpieczeństwie. Zaadaptowanie do RPG mechanizmu “gwiazdek” z GTA to pomysł wart odnotowania – proste i genialne narzędzie, pozwalające budować napięcie na sesji. Poza tym, autor stawia graczy kilka razy w sytuacji wyboru. Ważne, że są to dylematy sensowne (ich rozstrzygnięcie ma wpływ na przebieg akcji), za co należą się pochwały. Pełna napięcia jest również ostatnia scena, w której drużyna ewakuuje się z twierdzy na skrzydłach wiwern.

W kulminacyjnej scenie główny antagonista bohaterów okazuje się ważną osobą z przeszłości – jest to fatalny pomysł. Gdy gracze dojdą do wniosku, że każda z ich postaci znała Lorda pod innym mianem, wywoła to u nich raczej niedowierzanie, niż wstrząs. Pomysł groteskowy co się zowie i wątpię, czy dobrze posłuży atmosferze na sesji. Jest to argument przemawiający za skasowaniem gotowych postaci dla graczy. To nie koniec: w moim odczuciu Lord Ünterblich to przeciwnik mało intrygujący, który blednie w zestawieniu z… golemem ven Riera. Autorowi zbyt dobrze wyszedł ten bohater niezależny, to on skupia na sobie całą uwagę. Gdyby golem miał być głównym schwarzcharakterem, to trzeba by miejscami przerobić ten tekst, ale w zamian zyskałby on na pulpowej wyrazistości.

Powyższe uwagi są uwagami do scenariusza niewątpliwie świetnego. W “Ruiny Wolfenburga” zagrałbym z największą przyjemnością, ale tylko postacią, którą sam stworzyłem.

Artur Ganszyniec

Uroczo wolsungowa, pełna akcji przygoda w klimacie klasycznych filmów wojennych. Mamy to fajną bazę wroga, przedzieranie się przez niebezpieczny teren, podszywanie się pod przeciwnika, łamanie systemów zabezpieczeń i tony akcji. Całość uzupełniona o przydatny zbiór inspiracji i odpowiednią dawkę nawiązań („Orły, orły nadlatują!”).

Przyczepić się można jedynie do finału – końcowy twist, choć fajnie pomyślany, nie jest wystarczająco wprowadzony w poprzedzających scenach. W efekcie, robi wrażenie doczepionego na siłę.

Poza tym mankamentem, to kawał porządnego, rozrywkowego scenariusza. Podoba mi się.

Marcin Guzy

Stanisław Krawczyk

Co mi się podobało:
1. Wyjątkowo przejrzysta struktura tekstu: znakomicie (naprawdę!) rozpisane sceny, najważniejsze informacje podane już we wprowadzeniu.
2. Staranne opracowanie mechaniczne.
3. Wiele dobrze dobranych do konwencji pomysłów, zarówno ogólnych (koncepty scen), jak i szczegółowych.
4. Rozmach scenariusza, zwłaszcza osadzenie akcji w Wolfenburgu i obfite wykorzystywanie motywów venrierowskich (zombie, pociąg, nekrogolem itd.).
5. Świetna scena z golemem teatralnym, wprowadzająca niebanalną konfrontację społeczną – niełatwą do udanego zaimplementowania w takim miejscu jak dawna twierdza Nieumarłego Kanclerza.
6. Komunikatywny, w większości poprawny język.
7. Wskazówki muzyczne przy niemal każdej scenie.
8. Dołączenie materiałów dla graczy (nie wyróżniają się niczym szczególnym, ale powinny spełnić swoją zasadniczą funkcję).
9. Drobne perełki: Orły! Orły nadlatują!, podawanie się za zombie, plakat orczycy, „Znów wysyłam cię na misję, z której już nie powrócisz”…

Co bym zmienił:
1. Wątki osobiste postaci graczy nie są zbyt dobrze dopracowane. Chyba najlepiej widać to na przykładzie pojawiających się od czasu do czasu pojedynczych elementów otoczenia (takich jak dybuk Jehulow albo książka podpisana nazwiskiem Vabiena), które mają zainteresować danego gracza. Ich rzeczywista rola w fabule jest niewielka – spokojnie mogłoby ich nie być i akcja toczyłaby się dalej. To chyba nie przypadek, że opis tych elementów bywa nad wyraz lakoniczny („Bardzo możliwe, że X postanowi właśnie teraz ujawnić swoje motywacje”). Tymczasem jeśli decydujemy się na postacie pregenerowane, to warto uczynić z nich osie, wokół których będzie się obracał cały scenariusz; w innym wypadku tracimy znaczną część zalet tego rozwiązania, nie usuwając jego wad.
2. Retrospekcje będą znacznie bardziej efektowne (i efektywne), jeśli obmyśli się je tak, aby mogły zostać rozegrane na sesji. W ten sposób można zapewnić sobie to, że tajemnice poszczególnych bohaterów staną się częścią wspólnego świata gry i nie pozostaną na zawsze na kartach postaci.
3. Rozumiem intencję, która leżała u podstaw wprowadzenia sceny starcia z leszym i dzikimi zwierzętami, ale taka konfrontacja zupełnie nie pasuje do przyjętej konwencji. Dlatego według mnie w tym scenariuszu nie ma na nią miejsca.
4. Moje wątpliwości budzą także sceny z orłami; wolałbym, żeby pierwsza konfrontacja przygody w większym stopniu odpowiadała jej głównemu tematowi. Jeden z możliwych pomysłów to atak wiwerny bojowej sterowanej przez nieumarłego pilota. Również wściekłego niedźwiedzia warto byłoby podrasować – na przykład obdarzając go niepokojącą chorobą, która dotyka również inne zwierzęta w Milczącej Puszczy.
5. Dość niejasny był dla mnie fragment: „bohaterom udaje się dotrzeć do miejsca, do którego chcieli, ale ze sporymi problemami. Mechanicznie oznacza to karę -1 do odpowiadającej umiejętności cechy” (ramka na stronie 8). Czy chodzi o to, że postacie graczy ponoszą jakieś trwałe konsekwencje, takie jak skręcenie kostki? Przydatne byłoby parę przykładów powiązanych z różnymi umiejętnościami, bo rzecz wydaje się nieoczywista.
6. Drobiazg edytorski: jeżeli trzecia strona ma się składać tylko z dwóch linijek, to lepiej byłoby je zmieścić na lekko skompresowanej stronie drugiej. Analogiczna uwaga dotyczy strony dziewiętnastej.

Magdalena Madej-Reputakowska

Tomasz Z. Majkowski

Czterech superagentów, a w rzeczywistości weteranów z problemami, zapuszcza się w ruiny przeklętej twierdzy Nieumarłego Kanclerza, by tam odkryć spisek oplatający siecią sieć wywiadów i przy okazji zmierzyć się z własnymi demonami. Do tego lekka kpina z relacji agent-jego mentor oraz delikatne nawiązanie do relacji Chaplina i Hitlera, jak przystało na cytat z Charliego – nostalgiczna.

Być może sam finał, konfrontacja z autorem bizantyńskiej intrygi wypada trochę blado, ale to tylko dlatego, że reszta scenariusza jest znakomita. Kiedy trzeba, podkręca tempo i pozwala przypomnieć sobie, że gramy w grę akcji. Kiedy trzeba, zwalnia, by bohaterowie graczy mogli potaplać się we własnych smutkach i wypruć emocjonalne flaki przed pozostałymi. Kiedy trzeba, zaskakuje dobrymi i niekonwencjonalnymi pomysłami. Śmiało balansuje na granicy mrugnięcia okiem oraz śmiertelnej powagi straszliwego zagrożenia, jakie stwarzają pozostałości Nieumarłej Rzeszy. Bohaterowie natomiast okazują się niezwykli nie tylko dlatego, że mają fantastyczne umiejętności. Posiadają też wiarygodne motywacje i dobrze zbudowaną osobowość. Są, jak to mawiają w Hollywood, trójwymiarowi.

Taki „Wolsung” naprawdę mi się podoba. W takiego „Wolsunga” chętnie bym grał. Polecam serdecznie.

Michał Mochocki

Nie można odmówić barwności i rozmachu. Widowiskowe sceny i przeciwnicy pasują do konwencji szpiegowskiego pulp horroru. Chciałoby się rzec: “Wolsung w najlepszym wydaniu”. Jednak spod ładnego opakowania za mocno mi przeziera labiryntówka. Znowu esencją przygody jest zwiedzanie komnat z potworami i skarbami, żeby na koniec dojść do głównego bossa. Wprawdzie tu mamy trochę niebojowych/nieskarbowych ciekawostek, jak stenografista, czy pojedynek retoryczny, więc aż tak bardzo ten dungeon nie boli. Ale jednak rzutuje na moją ocenę. Potencjalnie super pomysłem jest powiązanie bohaterów graczy z postacią nieumarłego arcywroga, choć tu realizacja wydaje mi się naciągana (choć to mocno subiektywne), jak gdyby autor na siłę chciał dodać coś ambitnego do dungeon crawla. Duży plus za gwiazdki z GTA i jeszcze większy plus za przejrzystą strukturę tekstu, bardzo wygodną dla MG. W sumie tekst ma więcej zalet niż wad, jest wciągającą lekturą i wygląda na łatwy w prowadzeniu, więc oceniam pozytywnie, ale nie postawiłbym go w czołówce.

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod e-mailem: repek@polter.pl

Warto przeczytać bez względu na ewentualne zamiary względem scenariusza.

Rzeczy godne uznania:
1. Szybkie określenie na wstępie celu przygody i wymagań od MG i graczy. A do tego streszczenie fabuły.
2. Osadzenie fabuły w miejscu znanym z oficjalnej historii świata gry oraz bogate czerpanie z oficjalnych materiałów.
3. Gotowe handouty do wykorzystania na sesji (mapki nie są zbyt piękne, ale są funkcjonalne).
4. Miodne, gotowe postaci z motywacjami dostosowanymi do scenariusza. W tym – jedna z trzech w tej edycji – ciekawa postać kobieca.
5. Gotowe rozpiski mechaniki.
6. Klarowne rozpisanie scenariusza na sceny.
7. Interesujące sugestie muzyczne. Jest ich na tyle dużo, że MG powinien się zastanowić, czy da radę sprawnie je stosować. (Przy okazji: autor zapomniał o sugestii przy scenie Gabinet Nieumarłego Kanclerza.)
8. Bezpośrednie wrzucenie w akcję.
9. Smaczki w rodzaju „kalendarza z 1860 roku ze zdjęciem niekompletnie ubranej orczycy.”
10. Nietuzinkowy przeciwnik w scenie Gabinet Nieumarłego Kanclerza.
11. Główny przeciwnik jako połączenie zwierzchników wszystkich BG.

Rzeczy warte rozpatrzenia:
1. Retrospekcje warto rozgrywać. Czytane, szczególnie w sekrecie, działają znacznie słabiej. W obecnym kształcie równie dobrze mogłyby stać się częścią kart postaci. O ile MG nie obawia się, że gracze wykorzystają przeciwko sobie wiedzę o swoich postaciach (i popsują sobie nawzajem zabawę), można scenki przyjęcia misji rozegrać.
2. O ile leszy i wilki jeszcze jakoś można sobie wyobrazić, to jelenie atakujące pancerny pociąg brzmią nieco komicznie.
3. Szkoda, że stenografista stanowi jedynie element scenografii.
4. Szkoda, że autor nie określa jednak tożsamości Lorda, która byłaby prawdziwym ta-damem na koniec tej przygody. Dobrze jednak, że stanowi połączenie motywów wszystkich postaci.
5. Nierozegrany wątek Jana i Hildy. W ogóle wątki osobiste zostały potraktowane po macoszemu i zginęły wśród biegania po ruinach.

Nominacja do cytatu roku: Orły! Orły nadlatują!

Ogółem:
Duży, napisany z filmowym rozmachem scenariusz, który nie powinien zawieść fanów Wolsunga. Przygoda zawiera w sobie sporo odniesień do oficjalnych elementów świata gry i nie boi się z nich korzystać. Świetna wizytówka systemu od magiczno-parowych damach i dżentelmenach.

Aleksander Ryłko

Jeden z lepszych scenariuszy tej edycji. Nastrojowy, ciekawy, pełen zaskakujących momentów oraz wykorzystujący jeden z moich ulubionych motywów Wolsunga – nieumarłego kanclerza i jego nieżywych sługusów. Co więcej – spisany w bardzo elegancki sposób, dobrze podzielony na sceny tekst umożliwia prowadzenie niemal „z marszu”. Świetna robota. Na uwagę zasługuje też skalowanie napięcia doskonale dobrane tempo poszczególnych fragmentów – akcja przeplata się z tajemnicą i bardziej socjalnymi scenami.

Co mi się nie podobało – to są te wątki osobiste (scenariusz przedstawia gotowych bohaterów). Moim zdaniem należałoby albo zrezygnować z nich zupełnie i zrobić tym samym scenariusz dla gotowych bohaterów, albo zacząć wprowadzać je dużo wcześniej, bo atakują niemal z zaskoczenia.
Mimo tego drobnego zastrzeżenia gorąco polecam.

Michał Smoleń

Scenariusz świetny pod każdym względem i choć nie obyło się bez drobnych wpadek, to jedna z najfajniejszych i najbardziej grywalnych przygód tegorocznego Quentina.

W tym roku pojawiły się dwa idealnie spisane scenariusze – to „Tysiąc Lat Ciemności” i właśnie „Ruiny Wolfenburga”. Wstęp, streszczenie, informacje na temat bohaterów i konwencji, klarowny podział na akty i sceny – a każda z nich spisana jasno, czytelnik od razu dostrzega najważniejsze informacje. Brawa, brawa, ułatwia to nie tylko lekturę, ale przede wszystkim wykorzystaniu na sesji.

Jeżeli chodzi o fabułę, „Ruiny Wolfenburga” świetnie wykorzystują potencjał drzemiący w tej kanonicznej lokacji, Wolsungowym odpowiedniku Wilczego Szańca (położonego w swego rodzaju Mrocznej Puszczy). Co więcej, na zbadanie jej autor wysyła drużynę bohaterów-weteranów, dla których jest to ostatnia misja, niejako ostatnia misja Wielkiej Wojny, podczas której zwieńczenie znajdą nierozwiązane wątki z ich przeszłości… Świetne wyczucie konwencji, szereg interesujących pomysłów, po prostu kapitalna robota. Niemal każda ze scen (zaopatrzona w świetny soundtrack) ma w sobie coś co sprawi, że zostanie zapamiętana. Niektóre z wątków zostaną szczególnie docenione przez zaprzysięgłych fanów Wolsunga (sam zaliczam się do tej grupy), ale początkująca drużyna też powinna się dobrze bawić. Zapuszczone kino z gremlinem filmowym czy golemiczny dubler Ven Riera… Brawa.

Skoro wspomniałem, że „Ruiny” nie są pracą perfekcyjną, powinienem wymienić dostrzeżone błędy. Największym z nich jest umieszczenie dwóch tak podobnych bohaterów niezależnych (golemicznego dublera i nekrogolema z finałowego starcia) w jednej przygodzie i to we w zasadzie sąsiadujących scenach. Co gorsza, to pierwszy z nich, mniej istotny dla fabuły, jest bohaterem znacznie ciekawszym, zdecydowanie usuwającym w cień Głównego Złego. Inne usterki to brak dramatycznego wyboru pod koniec (być może któryś chciałby dogadać się z golemem?) i zbyt „tajemnicze” wątki indywidualne. Te ostatnie są pomysłowo skonstruowane, ale zrealizowane głównie na kartach postaci i w handoutach, a nie rozegrane pomiędzy graczami. Każdy z graczy zwróci uwagę na pewne niezwykłe zbiegi okoliczności, łączące ich dawne przeżycia z misją w Wolfenburgu – ale nie ma bezpośredniego impulsu, żeby podzielić się tymi przemyśleniami z resztą drużyny. Ostatnią, naprawdę drobną usterką są zbyt wysokie Stopnie Trudności niektórych testów: podczas wykorzystania scenariusza radziłbym je obniżyć.

Sporo zastrzeżeń? Napisałem o nich dlatego, że są zmarszczkami na perfekcyjnej powierzchni przygody. Każdy fan Wolsunga powinien ją rozegrać, a dla przyszłych Quentinowych twórców „Ruiny Wolfenburga” mogą służyć za wzór spisywania scenariusza.

Brawa, zasłużone wyróżnienie. Na kolejne prace tego autora czekam z niecierpliwością.

Michał Sołtysiak

Po lekturze „Ruin Wolfenburga” bez wątpienia trzeba przyznać, że to jeden z najlepszych scenariuszy tej edycji. Ma świetne tempo, nie udaje niczego i został bardzo sprawnie spisany. Rzekłbym wzorcowy scenariusz, jaki chciałbym czytać pośród prac na konkurs.
Spodobało mi się prawie wszystko: fabuła, styl, dobranie tempa do sytuacji, przyjazna użytkownikowi edycja. Kawał dobrego scenariusza do Wolsunga, wykorzystujący wszystkie zalety systemu.

Tym co przeważyło, że nie uznałem Ruin Wolfenburga za najlepszy scenariusz edycji, jest moim zdaniem mało zgrabne pogłębianie psychologii postaci i wątki osobiste, które spadają jak grom z jasnego nieba na ich głowy. Szkoda, że gracze nie znają ich od razu, tak być może byłoby dogodniej. Niespodzianki mogą trochę psuć grę.

Dodatkowo nie przepadam za gotowymi postaciami w scenariuszach do znanych systemów, nie autorskich (choć La Revolucion też takie miała, ale tam ciężko byłoby dodać system tworzenia postaci). W Wolsungu jest łatwiej, więc ideałem dla mnie byłoby inne rozwiązanie, bardziej uniwersalne i pozwalające na włączenie własnych bohaterów, ewentualnie z pakietami dodatkowymi.

Polecam jednak z całego serca ten scenariusz. Naprawdę warto go rozegrać.

Paweł Stasik

Bardzo ciekawy i dobry scenariusz do Wolsunga i jedna z moich ulubionych prac tj edycji. Historia czwórki agentów, którzy zostają wysłani, by ostatecznie rozwikłać tajemnice twierdzy Wolfenburg. I nawet nie spodziewają się, co ich czeka na końcu.

Całość jest spisana przejrzyście, trzymając się normy ustalonej przez podręcznik główny (zdarzają się brakujące słowa, lecz nie ma problemu z ustaleniem, o co chodziło). Testy zostały wyróżnione, więc łatwo je odnaleźć; zaznaczono odwołania do głównego podręcznika. Gotowi bohaterowie są ciekawi, a gracze mogą im dodać kilka doświadczeń, które nadadzą im odpowiedniego charakteru. Przygotowane kartki z retrospekcjami moim zdaniem dodają ciekawy element do rozgrywki — szczególnie, jeśli postaci podzielą się tymi wspomnieniami. Ciekawym patentem jest wprowadzenie filmów Charliego Chaplina. W scenariuszu dużo jest dobrych rozwiązań i zagrywek — skutki sposobu dostania się do pociągu, przemieszczanie po kompleksie. Przy każdej scenie została podana proponowana ścieżka dźwiękowa. Autor na samym początku podaje twory, które stanowią inspirację dla „Ruin”, a czytającego naprowadza na klimat.

Od strony fabularnej również uważam pracę za bardzo dobrą. Bohaterowie są różni, nie znają się, ale łączy ich wspólny cel (i wola przełożonych). Ostatecznie łączy ich ktoś jeszcze, ale tego dowiedzą się na końcu. Dużo jest ciekawych, czasem zaskakujących scen — rozmowa z Ven Rierem, pewien zombi na cmentarzu, ostateczna tożsamość tajemniczego Lorda (która w pewnym stopniu czyni go osobistym wrogiem wszystkich czterech agentów). Podoba mi się, że wspomniany Lord pojawia się jak Tartuffe ze „Świętoszka” — zanim go spotkają, mają okazję wyrobić sobie o nim zdanie na podstawie spotkanych postaci.

Scenariusz ma też drobne potknięcia. Nie do końca mam rozumieć, jak miałaby wyglądać walka na spadochronach — czy zamiast akcji ruchu postaci mogą wykonać inne działanie, czy może jakoś są w stanie sterować spadochronami, itp… Drobna porada z pewnością by nie zaszkodziła. O znikających słowach wspomniałem wcześniej. Z drugiej strony to pomniejsze problemy, które nie przeszkadzają w odbiorze całości.

„Ruiny Wolfenburga” to dobry i interesujący scenariusz, wymagający dla graczy i prowadzonych przez nich bohaterów. Niezwykła opowieść, z którą każdy fan Wolsunga powinien się zapoznać. Nawet jeśli to miałoby oznaczać koniec Wanadii…

Dla Eddy

Scenariusz Konkursowy:

Dla Eddy Maks Brandt

System: Wolsung

Setting: Wolsung (Lyonesse, Res)

Gotowa mechanika: Wolsung

Modyfikacje zasad: niewielkie dodatki

Ilość graczy: dowolna

Gotowe postacie: brak

Ilość sesji: jedna

Dodatki: brak

Opis: Bohaterowie graczy ruszają na wyprawę w poszukiwaniu Kielicha Justusa Sprawiedliwego – w bardzo niecodziennym towarzystwie.

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Marcin Blacha

Wojciech Doraczyński

Widzę, że przygody wolsungowe na dobre zagościły w naszym konkursie. Bardzo mnie to cieszy, gdyż gra jest zacna. Scenariusz czerpie pełnymi garściami z przygodowej konwencji oraz, co ważniejsze, zachowuje formę tekstów przeznaczonych do tego systemu. Oznacza to, że nie może być to scenariusz zły, zwłaszcza, że nie zapomniano w nim o mechanice.

Bieganie po po podziemiach w poszukiwaniu magicznego kielicha to zajęcie całkiem przyjemne, tym bardziej, że przeszkody i przeciwnicy są interesujący. Zabawa nie jest jednakże bez reszty porywająca, gdyż po pierwsze, jest za krótka, a po drugie, skutecznie psuje ją golem imieniem Soni. Ten delikwent cierpi zresztą na dobrze rozpoznaną przypadłość, zwaną “ulubiony bohater niezależny mistrza gry”. Czasem wydaje się wręcz, że scenariusz ma kręcić się wokół postaci Soniego, a nie postaci graczy. Po jakie licho wsadzono go w ogóle tutaj? Można by spokojnie napisać tekst bez tego irytującego typka.

Ogólnie rzecz biorąc nie jest to rzecz zła, ale i nie porywa.

Artur Ganszyniec

W scenariuszu dzieje się dużo, jednak cała przygoda przypomina bardziej kolorowy kalejdoskop, niż spójne dzieło. Brawurowe sceny przewijają się przed oczami w barwnym korowodzie i w coraz to innych lokacjach, jednak nie jest do końca jasne dlaczego dzieją się właśnie tam i co prowadzi bohaterów od jednej konfrontacji do drugiej. Zdecydowanie przydałaby się sensowniejsza motywacja dla drużyny. Niestety, jeśli ktokolwiek zacznie się zastanawiać nad tym, co się wokół dzieje, cała konstrukcja runie jak domek z kart.

Do ryzykownych pytań należy w szczególności to: co, do diaska, robią dwie spore grupy nieumarłych verierowców, zamieszkujących grzecznie podziemia bazyliki w samym sercu Res?

Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć – jeden z graczy, w tajemnicy przed resztą drużyny, gra NPCa. Jego rolą jest przepychać drużynę przez wszystkie ryzykowne i niemające żadnego dającego się zauważyć uzasadnienia fragmenty scenariusza. Taka konstrukcja niemal gwarantuje dobrą zabawę dla obu MG i, zdecydowanie mniej satysfakcjonującą, rolę pomocników-obserwatorów dla reszty drużyny.

Pisząc scenariusz łatwo skupić się na tym CO się dzieje, jednak dobrze również odpowiedzieć sobie na pytanie DLACZEGO akcja rozwija się tak a nie inaczej. Jeśli tego zaniedbamy, możemy skończyć z luźnym zbiorem niepowiązanych ze sobą scen.

Tak jak w tym przypadku.

Marcin Guzy

Stanisław Krawczyk

Co mi się podobało:
1. Pożyteczne przykłady powodów, dla których drużyna może się znaleźć w Lyonesse.
2. Kilka alternatywnych sposobów pokonania drogi do Res, a także przebycia lochów.
3. Klarowny wstęp, jasno zapowiadający dalszą zawartość tekstu. Również pozostała część scenariusza jest napisana dość przejrzyście.
4. Sugestie muzyczne pod koniec każdej sceny.
5. Skrócone nazwy organizacji: „ONZ” i „POLSKA”.
Co bym zmienił:
1. Soni, który „zna cały scenariusz” (to dość znamienne przejęzyczenie), odgrywa zdecydowanie zbyt znaczną rolę w przygodzie, odbierając chleb postaciom graczy. Nawet gdyby zgodnie z początkową zapowiedzią golem pomagał BG tylko „w razie wątpliwości”, to i tak byłoby to dość kontrowersyjne; w praktyce zaś zgodnie z treścią scenariusza Soni kieruje wszelkimi poczynaniami całej drużyny. Golem spełnia w ten sposób wszystkie kryteria Ulubionego Bohatera Niezależnego Mistrza Gry, a to bardzo niedobre rozwiązanie, ponieważ postaciom graczy (i samym graczom) pozostaje jedynie niezbyt atrakcyjna rola podwykonawców.
2. Poszczególne elementy scenariusza sprawiają wrażenie dość niespójnych, często dobranych raczej przypadkowo i bez związku z pozostałymi wątkami czy motywami.
3. Całość jest zbyt krótka i obdarzona zbyt małym rozmachem jak na odważne zapowiedzi z wprowadzenia.
4. Tekst zawiera nieco za dużo błędów językowych. Warto również pomyśleć o innym opracowaniu edytorskim (justowanie, numeracja stron, większa czcionka).
5. Początkową fizyczną konfrontację z golemem zamieniłbym na inną scenę, której lepiej ukaże jego charakter.
6. Końcowa notka do czytelnika – jeśli to asekuracja, to niepotrzebna, a jeżeli humor, to raczej nieudany.

Magdalena Madej-Reputakowska

Tomasz Z. Majkowski

Jest taki wierszyk La Fontaine’a, w którym góra z wielkim wysiłkiem rodzi mysz. Podobna relacja zachodzi między obietnicą rozwikłania jednej z największych tajemnic świata i jej realizacją, proponowaną przez scenariusz. Z jednej bowiem strony tekst sugeruje, że będzie epicką kampanią zmieniającą losy Wanadii. Z drugiej, jest dość prostackim dungeon crawlem, który kończy się, nim się jeszcze rozpędzi. To „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, w którym bohater dostaje dziennik ojca, kierując się wskazówkami jedzie do Jordanii i tam bez większych problemów pokonuje trzy pułapki, a na końcu zamiast starego rycerza spotyka atrakcyjną laskę, która wręcza mu kielich. Z pominięciem wszystkiego, co ekscytowało w niezapomnianym klasyku: katakumb pod Wenecją, niemieckich zamków, spotkania z Fuhrerem, ucieczki sterowcem i walki z czołgiem. Oraz presji czasu i przeciwników.

Jako taki-sobie-dungeon scenariusz zasługuje na trójkę z plusem. Ale z powodu nadużywania ważnych artefaktów i istotnych zagadek ocena spada do dwói. Na skali akademickiej.

Zdecydowanie odradzam.

Michał Mochocki

Mimo paru Wolsungowych smaczków i ciekawej (choć strasznie przelansowanej) postaci golema, sedno scenariusza nie zachwyca. Główne wyzwanie to przebić się przez podziemia pełne potworów i pułapek, czyli niemiłosiernie oklepany D&D-kowy standard. A poza szablonem “przyjęcie misji – podróż z przeszkodami – dungeon crawl – triumfalny powrót” znajdujemy niewiele więcej. Przygoda zupełnie przeciętna, poniżej poziomu konkursowego.

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod e-mailem: repek@polter.pl

Rzeczy godne uznania:
1. Nawiązujący do naszej, polsko-slawijskiej historii, humor.

Rzeczy warte rozpatrzenia:
1. „Suplement zawiera zarówno kartę postaci Soniego, jak i część zmian umożliwiających granie golemem (nowa rasa, jeszcze nie dla Graczy). Ten temat rozwinę kiedy indziej, nie pasuje on aż tak do scenariusza.” – wyjątkowo niefortunna deklaracja, jeśli startuje się w konkursie. Tutaj warto prezentować wszystkie najlepsze pomysły, a nie wprowadzać pomysły, z których gracze i MG nie mogą skorzystać.
2. Nadmierna rola golema, za którym wlecze się drużyna.
3. Pretekstowe zawiązanie akcji i chaotyczna fabuła. Tekst jest naładowany masą pomysłów i odwołań do podręczników, które niestety nie składają się w przekonującą, spójną całość.

Nominacja do cytatu roku: Proszę pamiętać, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

Ogółem:
To niestety dość słaby, chaotycznie, jakby w pośpiechu spisany scenariusz. Autor ma tego chyba świadomość, bo na końcu pisze: „Na koniec autor pragnie podziękować Szanownym Czytelnikom za dotarcie do tego momentu ( czy to przewijając tekst czy to, o zgrozo!, czytając go w całości) i żywi głęboką nadzieję , że lektura tego, przepraszam za wyrażenie – utworu , była przynajmniej choć trochę mniejszą mordęgą od jego napisania.”

Cóż można dodać do takiej deklaracji wiary w swoje siły?

Aleksander Ryłko

Ktoś tu bardzo lubi swojego golema NPCa, nieprawdaż? Każdy fragment przygody krzyczy “Patrzcie jaki ten golem jest arcyfajny! Widział ktoś lepszego?”. Tylko przeczytałem tekst, a już mnie Soni denerwuje.

Ale jest jeszcze coś – w całym scenariuszu brak mi fajnej historii. Dobrej, pasjonującej, współtworzonej przez graczy. Pospojlerujmy – mamy zawiązanie (Ktoś zleca misję), potem następuje podróż do miejsca akcji – owszem, podczas wojaży mamy do czynienia z jakimś przerywnikiem (np. jeśli płyniesz łodzią, to walczysz z gryfem). Potem trafiamy do lochów i robimy tam rzecz zależną od dominującego archetypu Bohaterów. Na końcu jest nieinteraktywne outro. Gracze większość czasu nie wiedzą po co robią to, co robią. Zresztą najfajniejsze rzeczy i tak robi golem.

Michał Smoleń

Niestety, „Dla Eddy” to zdecydowanie najsłabszy Wolsungowy scenariusz tegorocznej edycji. W zasadzie lepszym tytułem dla pracy byłoby „Soni, mój ulubiony been”. Głównym bohaterem jest tu inteligentny golem, wyruszający z bohaterami na wyprawę w poszukiwaniu artefaktu… Wedle zaleceń autora, powinien być on odgrywany przez drugiego mistrza gry – idealny sposób, by sesja zmieniła się w przypominające gry Indie wspólne tworzenie historii przez obydwu prowadzących, graczom przypaść może co najwyżej rola słuchaczy.

Fabuła scenariusza jest pretekstowa i dziurawa. Bohaterowie zostają wysłani przez gnomiego mędrca w poszukiwaniu kielicha Justusa (tak, mamy tu systemowy błąd, eddyzm nie uznaje Justusa za proroka i w ogóle nie ma pomiędzy tą religią a dualizmem żadnego związku), który posłuży mu do odkrycia runy gwarantującej natychmiastowe wniebowstąpienie – co stary spryciarz szybko zrobi, zostawiając bohaterów totalnie z niczym (kielich znika). Podczas spełniania tych metafizycznych zachcianek gnoma bohaterowie odwiedzą rezyjski loch, w których zetkną się z kilkoma absurdalnymi i zupełnie sprzecznymi z zasadami systemu wyzwaniami. Naturalnie lwią część przeciwności pokonuje sam Soni.

Soni, eddyjski mędrzec, dwóch mistrzów gry… Gracze mogą w zasadzie nie przychodzić na sesję, co bym im zresztą polecał.

Michał Sołtysiak

Parafrazując Dicka: czy gracze marzą o polu do popisu? Na pewno, choć może są tacy co wolą równie słynne „ja wam coś rzucę, a wy reagujcie!”. Tutaj mamy sesję na której najlepiej się bawi postać Mistrza Gry – golem Soni (ewentualnie postać drugiego MG, jak się prowadzi we dwójkę), postacie graczy, jako zdecydowanie słabsze, nie znający intrygi, mogą tylko iść, reagować i podziwiać co golem-BN zrobi. Wkurzające jak dla mnie już na samym początku.

Gdyby jeszcze zaś fabuła cokolwiek wynagradzała i dała pole do popisu dla słabszych bohaterów, ale w typowym dungeon-crawlu, siła jest najważniejsza, a to jest domeną golema. Postacie więc wędrują i mało pozostaje dla nich do zrobienia. Tym samym mamy przygodę, jak reklamuje na początku sam autor a la Indiana Jones, tyle, że towarzyszy mu Superman i dla dr Jonesa pozostaje tylko próbować dogonić superbohatera. Bujanie się na biczu jest wszak wolniejsze niż latanie.

Nie polecam, a autor niech sam się bawi ze swoim golemem. Viel Spass!

Paweł Stasik

Pozornie świetny scenariusz do Wolsunga — kilka dróg do celu, zagadki, walki, odwołania do popkultury, śmieszny… Do tego jeszcze własne dodatki mechaniczne. Jednak bliższe poznanie całości nie do końca utwierdza w takim przekonaniu.

Tekst jest przejrzyście zorganizowany, informacje znajdują się na swoich miejscach, co niewątpliwie ułatwia odbiór całości. Na plus należy też zaliczyć odwoływanie się do materiałów źródłowych — podręcznika i dwóch dodatków do systemu — podając strony, na których można odnaleźć wspominany materiał. Autor proponuje też własne zmiany w mechanice na potrzeby scenariusza, z czego niewątpliwie zainteresowanie może wzbudzić dodatkowy atut dostępny dla graczy.

Od początku uwagę zwraca informacja o wykorzystaniu dwóch prowadzących — jeden ma odpowiadać za dodatkową postać w historii, która z przeciwnika staje się w pewnym momencie pełnoprawnym członkiem drużyny. Niestety samo wspomnienie tego patentu to trochę za mało — przydałyby się jednoznaczne i jasne porady, jak taka rozgrywka ma wyglądać. Swoją drogą pozostaje pytanie, czy to naprawdę konieczne, czy rzeczywiście nie można było od początku wprowadzić dodatkowej postaci jako wcześniej przygotowanego bohatera gracza, albo przynajmniej przygotować go jako wiecznego bohatera niezależnego? Trochę też niepokoi założenie idące za tą postacią, że ma bronić graczy przed złymi decyzjami. Niektóre propozycje mechaniczne również mogą budzić wątpliwości (np. pościg z chimerą).

Inna sprawa to treść przygody. Tu niewątpliwie ma być od początku barwnie. Gracze w kilku miejscach mają swobodę wyboru ścieżki do kolejnego punktu, podróżują na wielkie odległości, mierzą się z różnymi wyzwaniami. Na pochwałę zasługuje również propozycja muzyki do konkretnych scen.

Niestety jest też zbyt barwnie — zamiast dopasowanych do siebie elementów ukazuje się odbiorcy obraz pstrokacizny. ONZ kontra POLSKA, poruszenie motywu polskiej emigracji zarobkowej, Einstein i Tesla, Jack Sparrow, Święty Graal (pardon — Kielich Justusa Sprawiedliwego) — niektóre z tych elementów zostają wprowadzone i opisane, lecz praktycznie niewykorzystane, inne wydają się wrzucone na siłę, byle tylko było śmieszniej/ciekawiej. W całym kontekście może też być trochę niepasujące i mało satysfakcjonujące zakończenie. Wydaje się też, że wypadałoby więcej napisać o pomocniku graczy, szczególnie, jeśli zwróci się uwagę na jego imponującą listę osiągnięć.

Ostateczny odbiór scenariusza nie jest przesadnie pozytywny. Z jednej strony autor urozmaicił wyzwania, dał w kilku miejscach wolną rękę graczom. Z drugiej stara się nimi sterować przy pomocy dodatkowej postaci, tak „fajnowatej” (silny, inteligentny, zwinny, wygadany), że mogącej przyćmić bohaterów. Ponadto wrażenie zostaje w pewien sposób zepsute przez swoisty miszmasz motywów.

5. Tajemnica profesora Friedricksena

Scenariusz Konkursowy:

Tajemnica profesora Friedricksena Jarosław Kopeć

System: Wolsung

Setting: Santa Luna i dżungle Atlantydy

Gotowa mechanika: oryginalna

Modyfikacje zasad: brak

Ilość graczy: dowolna

Gotowe postacie: nie

Ilość sesji: jedna

Dodatki: brak

Opis: Krótka historia o kaganku oświaty, który cywilizowany wanadyjczyk niesie nieokrzesanym dzikusom, zamieszkującym dżungle dalekiej Atlantydy.

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Marcin Blacha

Krótki scenariusz na szybką i bezpretensjonalną sesję. Tajemnica Profesora w duchu podobna jest do Kami Ryby, nie posiada jednaj inteligencji i uroku tamtego tekstu, ale też nie udaje że jest czymś innym, niż jednostrzałem przygotowanym z uniwersalnych części zamiennych. I bardzo dobrze, bo opowieści awanturnicze o wyprawie do nieznanego lądu, obojętne czy chodzi o źródła Nilu czy zamieszkaną przez orki tropikalną dżunglę, nie nudzą się łatwo, szczególnie jeśli są dobrze spisane jak tutaj.

W Tajemnicę Profesora chętnie zagrałbym na konwencie lub gdybym miał mało czasu, wówczas doceniłbym fajne pomysły, łatwo byłoby mi wejść w konwencję i pobawić się settingiem. Myślę, że spodobałby mi się wówczas finałowy główny zły. Jednak gdybym to ja miał poprowadzić ten scenariusz, przede wszystkim musiałbym wzbogacić fabułę, zbyt mało ekscytującą i treściwą, jak na opowieść przygodową. Musiałbym również zrobić coś z bóstwem na końcu, gdyż póki co pojawia się ono raczej z przyczyn estetycznych niż logicznych. Jak dla mnie za dużo zmian, od gotowego scenariusza oczekuję więcej.

Tajemnica Profesora broni się najlepiej jako przygoda wprowadzająca do kampanii podróżniczej w Wolsungu. Nie została jednak moim faworytem w tegorocznej edycji, ale z przyjemnością przeczytałem ten sympatyczny tekst.

Wojciech Doraczyński

No proszę! Od premiery Wolsunga nie upłynęło wiele czasu, a już na konkurs przychodzi fanowska przygoda. Oby tak dalej.

Mamy tutaj wątek eksploracji, kanoniczny dla Wolsunga. Niebezpieczeństwa podróży, dzikie plemiona, zaginione miasta i starożytne bóstwa są chlebem powszednim wielu Dam i Dżentelmenów. Za trzymanie się realiów systemu należą się zatem pochwały!

Wyrafinowane gusta powinny też zadowolić poszczególne przeszkody, które pokonują nasi bohaterowie: jest walka z kondorem na ośnieżonej grani, pościg za złośliwą małpą, zdradliwe gejzery, dzicy, których trzeba obłaskawić, a wreszcie demoniczny przeciwnik, nad którym da się zatryumfować także dzięki konfrontacji społecznej. Podsumowując: ta przygoda sprawi, że nasze eleganckie towarzystwo będzie mogło spędzić emocjonujące popołudnie.

Nadmieniam także, iż tekst jest zwięzły i nie zawiera nieistotnych informacji. Dla mnie to wielka zaleta. Jednakowoż, chętnie bym zobaczył rozwinięcie sceny III, np. kilka wyszczególnionych propozycji wydarzeń, jakie mogą zajść w wiosce. Wydaje mi się, że w tej części przygody prowadzący będzie musiał sporo improwizować. Każda pomoc od autora scenariusza byłaby mile widziana.

Nie rozpisuję się na temat tego scenariusza, gdyż jest to po prostu świetny, rzemieślniczy tekst. Nie powalił mnie na kolana i nie olśnił fajerwerkami, ale i tak jest bardzo dobry. Polecam wszystkim, nie tylko fanom Wolsunga.

Artur Ganszyniec

Prosta i miodna przygoda, idealna na konwentowy szybkostrzał. Poza tym to pierwsza quentinowa przygoda do Wolsunga.

Mamy tu klasykę – zaginiony świat, dinozaury, martwego boga, wątek romantyczny, cywilizowanego dzikusa i krwawą piramidę. Dla mnie bomba.

Do pełni szczęścia brakowało mi tylko jednej rzeczy – przygoda pisana jest ewidentnie pod szybką rozgrywkę, z konsekwentnie stosowanym filmowym montażem. Można by dorzucić ze dwie ramki z pomysłami na wydarzenia między kluczowymi scenami. Grupy gustujące w spokojniejszej rozgrywce z pewnością by doceniły.

Podobało mi się i na pewno kiedyś poprowadzę.

Marcin Guzy

Widać, że autor czuje konwencję Wolsunga i odwołuje się do mechaniki systemu. Po to ją lucek z Garnkiem napisali, żeby z niej korzystać. Poza tym jest to dobrze zrealizowany scenariusz, ale brak w nim czegoś oryginalnego. MG dostaje tylko opis wydarzeń w trybie błyskawicznym, a brakuje mu wskazówek dla prowadzącego, jak należy rozgrywać poszczególne sceny, zwłaszcza podczas pobytu bohaterów w wiosce. Mistrzu, radź sobie sam. Kolejną poważną wadą jest niewielkie pole do działania dla BG. Bohaterowie tylko przenoszą się z miejsca na miejsce i reagują na otaczające ich wydarzenia.

Piotr Koryś

Mam co do tej przygody dość ambiwalentne odczucia. Jest silnie liniowa,
ale to wymóg konwencji awanturniczej. Mam też wrażenie, że autorowi
zabrakło “pary” – może spieszył się z oddaniem pracy, lub też były
inne przyczyny, że zakończenie jest (wg mnie) słabsze od całej reszty
przygody. Po przeczytaniu odczuwałem pewien niedosyt.

Ten fakt sprawił, że w moim subiektywmym odczuciu, zagłosowałem wyżej na inne przygody. Ale uważam, że sam scenariusz, jak i autor, mają potencjał.

Wydaje mi się również, że powinniśmy oczekiwać na kolejne prace tego
autora – bardzo chętnie zobaczyłbym coś więcej.

Magdalena Madej-Reputakowska

ZALETY

  1. Zarysowanie wstępnym motywacji postaci graczy, które mają wziąć udział w scenariuszu. Uwypuklenie przygodowej konwencji systemu, który na pierwszym miejscu stawia chęć przeżywani przygód. Niestety na tym kończy się podtrzymywanie przygodowej konwencji.
  2. Ciekawy sposób przekazania drużynie mapy podczas turnieju pokerowego. Zdecydowanie lepszy niż „po prostu ją macie” i powinien być obowiązkową częścią scenariusza, a nie tylko opcją.
  3. Ciekawym wzywaniem w ciągu mało dramatycznych wydarzeń jest udawanie bogów. Ten motyw na pewno przyniesie graczom dużo frajdy.

WADY

  1. W konwencji przygodowej lepiej zadziałałoby stopniowe, ale dynamiczne budowanie napięcia – o którym autor pisze we wstępnie. Scena gry w pokera, która najwyraźniej może być ominiętą powinna inaugurować fabułę. Nagły przeskok z klubu w dzikie ostępy dawałby pożądany efekt.
  2. Tajemniczy Płaskowyż nie jest zbyt tajemniczy, gdyż zostaje odnaleziony w drugiej scenie scenariusza. Wagę odkrycia zapewne gracze doceniliby bardziej, gdyby wcześniej musieli się minimalnie bardziej wysilić lub przynajmniej w scenie pierwszej dowiedzieć, jak wiekopomnym znaleziskiem jest to zaginione miejsce.
  3. Sposób spisania scenariusza sprawia wrażenie, że postaci graczy nie są szczególnie aktywne. W rozpoczęciu fabuły prócz gonienia małpy lub targowania się z nią nie dokonują żadnej widowiskowego wyczynu. Przyjęta konwencja aż prosi się o coś bardziej filmowego i z przytupem.
  4. Fabuła nie stawia graczy przed żadnym wyzwaniem, a jedynie niesie ich do przodu.
    Imię Ukapacz jest zabawne, a odrobina humoru w konwencji przygodowej to konieczność. Jest to jednak postać wojownika i należałoby uhonorować go minimalnie mniej groteskowym mianem. Również imię Tomasz dla postaci obdarzonej wzglądami plemiennej księżniczki obniża dramaturgie niemożliwej miłości.
  5. Autor deklaruje, że scenariusz jest spisany w scenach, co niestety nie zostaje zrealizowane. Fabułą jest ciągiem zdawkowych faktów, które zdecydowanie nie zostały wystarczająco opisane.
  6. Postaci graczy poruszają się w pustce. Autor nie opisuje niesamowitej flory i fauny Płaskowyżu. Nie wykorzystuje estetycznego potencjału dżungli, dzikiego plemienia, pojedynku z przedstawicielem wioski, ani nawet nie nadaje wyglądu Bohaterom Niezależnym.
  7. Konflikty, w które angażowane są postaci graczy są mało dramatyczne i nigdy nie dotyczą ich, ale jedynie Bohaterów Niezależnych – to właśnie o nich jest ta historia. Gracze zdają się być postaciami drugoplanowymi, które z jakichś powodów wpycha nos w nie swoje sprawy.
  8. Nawet w konwencji awanturniczo-przygodowej warto włączyć bohaterów w główny wątek.
  9. Podsumowując wyzwania, jakie stają na drodze drużyny okazuje się, że – przekonują lub ścigają małpę, przekonują lub walczą z Ukapaczem, przekonują lub walczą z Quetzalkosztą, przekonują wodza lub walczą o księżniczkę. Jak na widowiskowa historię z Wolsunga to dość monotonne. Nawet jeśli taka struktura jest oparta na mechanice systemu. Wystarczyło wymyślić konkretne kostiumy do zrealizowania tych wyzwań.
  10. Motyw smokinga podarowanego Tomaszowi przez mistrza ujawnia, że scenariusz został spisany w oparciu o rozegraną przygodę. Tekst jest po części relacją z konkretnej sesji, na której pojawiły się motywy zapewne istotne dla tej realizacji, ale zupełnie niewyjaśnione w spisanym scenariuszu.
  11. Wyjątkowo mało awanturnicze i przygodowe zakończenie. Przekonanie złego, gniewnego ducha, aby poszedł sobie postraszyć, gdzie indziej to strzał w fabularną stopę.

Tomasz Z. Majkowski

Scenariusz to w gruncie rzeczy konglomerat scen, które łączy jedynie obecność w tym samym tekście i fakt stanowienia klisz z tego samego gatunku. Jak sądzę, doskonale sprawdzi się podczas konwentowej sesji, kiedy trzeba szybko wprowadzić graczy w fabułę i równie szybko skończyć, bo zbliża się prelekcja. Ale niekoniecznie na konkurs: za dużo tu rzeczy albo nierozwiniętych, albo zbytecznych, a informacje są tak ogólne, że właściwie zbędne. I bez lektury scenariusza wiemy, że w wiosce tubylców obowiązkowo mieszka piękna córka wodza, o rękę której rywalizuje lokalny futbolista i okoliczny nerd. Oraz że łażenie po lodowej kopule kończy się upadkiem do rajskiego ogrodu, w miarę możliwości zamieszkanego przez dinozaury. Szkoda zatem, że zamiast dociążania tekstu niepotrzebnymi postaciami graczy, które nie mają przecież żadnego związku z fabułą, nie dostaliśmy pomysłu, jak ciekawie i logicznie związać ze sobą tak bohatersko wyodrębnione z fabuł o Zaginionym Świecie motywy. Bo znalezienie kulturowych odnośników to tylko połowa sukcesu: trzeba je zmieszać ze sobą tak, żeby smakowało.

Przydatne podsumowanie kanonicznych elementów opowieści o Zaginionym Świecie i Wiosce Tubylców. Niestety, bez myśli przewodniej, czy spoiwa zwanego fabułą. Polecam kolekcjonerom wątków do samodzielnego wykorzystania.

Maciej Reputakowski

Poniższe uwagi skierowane są do autora/autorki lub osób, które przeczytały scenariusz i rozważają jego poprowadzenie. Do autora/autorki: w razie niejasności jestem w miarę wolnego czasu i możliwości dostępny. Najchętniej pod numerem GG: 1416169 lub e-mailem: repek@polter.pl

Rzeczy godne uznania:

  • Streszczenie na początku.
  • Różnorodne propozycje motywacji dla postaci graczy.
  • Bardzo dobre cięcie scen i przejścia między nimi (np. między I a II).
  • Szkoda, że później jest z tym gorzej.
  • Propozycja krótkiej retrospekcji na początku – sensownie pomyślana, pozwalająca od razu przenieść się w serce akcji.
  • Spójna konwencja.

Rzeczy warte rozpatrzenia:

  • Fajnie, że są różne opcje rozwiązań, np. jak gracze mają wejść w posiadanie mapy. Wadą tego rozwiązania jest to, że podaje się jako równorzędne również propozycje bardzo słabe. To największa wada tego tekstu – szkoda, że autor nie proponuje jednej opcji jako tej, która najbardziej mu się podoba (a reszty już ew. jako opcje do wykorzystania).
  • Atak na początku sceny II powinien nastąpić trochę później – zmiana klimatu i otoczenia to wystarczający szok. Gracze powinni mieć chwilę na oswojenie się z sytuacją i pogranie w niej.
  • Szkoda, że gracze dłużej nie podróżują po kopule przed załamaniem się.
    Brakuje trochę bogatszej sceny, która wyjaśniałaby, kim był tytułowy profesor.
  • Bardzo przydałaby się scena, w której gracze mogliby zrozumieć zagrożenia czyhające na mieszkańców wioski hobgoblinów.
  • W scenie z plemieniem gracze mają mieć sporo do powiedzenia, poznać jego członków. Niestety, nie są oni zbytnio opisani poza trzema głównymi postaciami.
  • Od sceny III autor odpuszcza już sobie w zasadzie dzielenie fabuły na przemyślane sceny, MG musi radzić sobie sam. Dynamika wynikająca z cięć siada.
  • Bardzo słabe pomysły na zwycięstwo społeczne z Quetzalkosztą. Takie argumenty powinno się zdobywać fabularnie, w toku przygody. Bohaterowie przed walką w ogóle nie mają żadnych wskazówek, jak walczyć z przeciwnikiem.
  • Wykonywanie testów mających określić wynik starcia między BNami jest słabym pomysłem. Lepiej odgórnie lub w zależności od bieżącej sytuacji wybierać bardziej dramatyczne lub efektowne rozwiązania.
  • Brakuje sceny epilogu, np. po powrocie z wyprawy.

Ogółem:

Ten scenariusz ma wszystko, co potrzebne do rozegrania dobrej sesji w klimatach odkrywczo-podróżniczych. Wydaje się jednak trochę za krótki. Tak jakby urwany i uboższy o kilka scen, które pozwoliłyby poczuć, że mamy do czynienia z wyprawą godną nagłówków gazet.

Aleksander Ryłko

Ha! Miło widzieć, że Wolsung przyjął się na tyle, że już spływają pierwsze przeznaczone doń scenariusze.

Tajemnica profesora Friedricksena to krótki scenariusz opisujący wyprawę naszych bohaterów na drugą stronę globu, odnalezienie zaginionego świata i konfrontację z zapomnianym bogiem. Skonstruowany jest dobrze, czyta się go miło, prowadzi zapewne również. Autor posługuje się wątkami, które może i nie są przesadnie nowatorskie (zaginiony świat pod lodem pełen dinozaurów, rywalizacja kujona i mięsniaka o kobiecą przychylność, zirytowany zapomniany bóg), ale robi to na tyle sprawnie, że całość jest miła w odbiorze. Wszystko ułatwia też przejrzysty podział na sceny – to chwyt, który ułatwia prowadzenie, gdyż skupiamy się wtedy tylko na tym co istotne. Warto zwrócić też uwagę na mocne osadzenie w konwencji Wolsunga.

W proponowanym kształcie Tajemnica profesora Friedricksena to jednostrzałówka na 3 godziny gry. Fajnie się sprawdzi jako przerywnik, czy na sesje konwentowe. Jej główną zaletą jest to, że można podejść do niej niemal “z marszu” i bez żadnych przygotowań bawić się tych kilka godzin.

Czy ma wady? Tak, jak dla mnie jedną istotną – mało wszystkiego. Nie oczekuję epopei na 100 stron, jednak… wiecie – to podróż do oddalonego o tysiące mil miejsca, którego położenie znane jest bardzo, bardzo nielicznym. A bohaterowie trafiają doń ot tak, przypadkiem.
To taka podróż na koniec świata, by stoczyć bój z zapomnianym bogiem/demonem, tylko przedstawiona w bodaj 4 scenach. Miła i przyjemna – zgoda. Ale jako gracz chciałbym więcej.

Michał Sołtysiak

Konspekt przygody, rzecz można konspekt przygody, gdzie mamy dużo znanych klisz, ale zabrakło rozpisania i dopracowania. Ot kolejna przygoda, gdzie motywy są znane, a na doszlifowanie scen, fabuły i dodanie czegoś co by odróżniało od całej literatury podróżniczej, zabrakło czasu zapewne.

Wolsung jest pełen barw i pomysłów, szkoda, że zabrakło tutaj pełniejszego ich wykorzystania i podrzucenia prowadzącemu narzędzi i motywów do stworzenia świetnej sesji. Oczywiście, że MG może sobie dopracować i ukręcić przysłowiowy “Bicz z piasku”. ale by wygrać Quentina to nie wystarczy, bo to już praca prowadzącego, a nie autora, który prezentuje swoje pomysły.

Oskar Usarek

Pewnym wyzwaniem jest napisanie tego komentarza tak, żeby nie przekroczył objętości tego tekstu. Autor przesyła nam dziewięć stron, z czego połowa pierwszej to tytuł (chyba najdłuższy ze wszystkich scenariuszy kiedykolwiek przysłanych), a dwie ostatnie – mechanika. Nigdy jednak nie twierdziłem, że świetna przygoda musi być długa, wręcz przeciwnie, czytało się szybko i z prawdziwą przyjemnością.

Fabuła nie jest skomplikowana i w pełni zgodna z inspirowanym Juliuszem Vernem duchem Wolsunga. Sir Henry Morton Stanley w trzech osobach (albo więcej, zależnie od tego, ilu masz graczy w drużynie) wyrusza na poszukiwanie sfiksowanego profesora Livingstone’a do Ameryki Południowej, ze wszystkim, co ten kontynent ma do zaoferowania, czyli dziką przyrodą (i tą niewielką, a także tą przeraźliwie wielką), plemionami Azteków, mnóstwem biegania, uciekania i przykrych kolesi, który chętnie poszatkują twoją drużynę na kawałki. No i bóstwem na samym końcu, bo wypada.

Przeczytanie tej przygody było jak lektura krótkiego opowiadania podróżniczego w przerwie między robotą jurora. Było przyjemne, ale nie wyobrażam sobie, jak – nawet rozciągając akcję do granic możliwości – mógłbym stworzyć z niej coś więcej, niż trwający trzy godziny epizod podczas większej kampanii. Ta przygoda posiada wiele świetnych elementów książek podróżniczych i dziewiętnastowiecznej akcji, ale brakuje jeszcze kilku, dodających smaku, przedłużających przygodę, zwiększających ekscytację i poczucie, że faktycznie bierzemy udział w poszukiwaniach. Tutaj od chwili podjęcia się poszukiwań profesora do znalezienia go mija zaledwie kilka scen, a i tak gros czasu zajmuje turlanie kostkami żeby sprawdzić, jak nasi bohaterowie radzą sobie w tropikalnej dżungli.

Przygoda mogłaby wygrać tegorocznego Quentina, gdyby była chociaż o parę stron dłuższa – widać, że autor świetnie radzi sobie z tekstem, ma dobre pomysły i umie je dobrze spisać. Przeczytanie dłuższej przygody w wykonaniu tego autora byłoby przyjemnością dla nas, a dla niego drogą do sukcesu.

Polecam przygodę tym, którym spodobał się Wolsung – wszystkim Mistrzom Gry sugeruję jednak, aby przed rozpoczęciem rozgrywki przygotować dodatkowe 4-5 motywów dopasowanych przez swoich graczy – bez nich przygoda będzie po prostu za krótka, żeby zapaść w pamięć na dłużej, niż tydzień.

Paweł Walczak

Tegoroczny finalista. W moim prywatnym rankingu jednak do finału się nie dostał.

Bardzo prosta, typowa jednostrzałówka. Autor stawia na akcję, dynamikę klimat odkrywczo-podróżniczy.

Jak dla mnie zdecydowanie zbyt prosta, szereg scen, które mniej lub bardziej się ze sobą łączą. Taka sesja na 3Z, zagrać, zaganąc PD’ki, zapomnieć. Przeczytałem, zaraz zapomnę.

Doceniam dobry warsztat autora, ale za bardzo rozminęliśmy się stylistycznie, żeby praca mogła mnie porwać. Dla fanów gatunku i systemu, jednak pozycja na pewno warta uwagi. A przecież o to chodzi.