Terminator: decydujące starcie

“Terminator: decydujące starcie”

Wojciech Doraczyński

Zwycięski scenariusz

Pokaż komentarze kapituły »

Komentarze:

Magdalena Madej

Mało który twórca scenariuszy do gier fabularnych może poszczycić się takim wyczuciem konwencji filmowej, zasad rządzących celuloidowym światem, co autor przygody Terminator: decydujące starcie. Nawet wyjątkowo uszczypliwy krytyk nie zdołałby dopatrzeć się nadużyć wobec hollywoodzkiej metody prezentowania bohaterów i wydarzeń. Godny zauważenia jest również szacunek z jakim potraktowano materię kultowego filmu, szacunek nie pozbawiony kreatywności – kolejne modele zabójczych robotów, podstarzała Sarah Connor, własna interpretacja problematyki oddziaływania na przeszłość i przyszłość oraz – co najistotniejsze – oryginalne, dramatyczne zakończenie.

W przeciwieństwie do większości erpegowych scenariuszy, które stawiają na zależności między graczami i bohaterami niezależnymi lub, częściej, na związki łączące poszczególne postaci Mistrza Gry, cały nacisk omawianej historii położony został na relacjach między postaciami graczy. W wyniku tego drużyna głębiej wchodzi w filmowy świat i mocniej zżywa się z odgrywanymi osobami. Jednak nawet najnowocześniejszy model terminatora ma swoje słabe punkty. Zamiast skupić się na sposobach oddziaływania na grających, wzbudzania w nich pożądanych odczuć, autor proponuje, aby opisywać ich emocje i postawy. Autorytatywne stwierdzanie, co postać (w domyśle gracz) w danej chwili czuje, nie wpływa pozytywnie na zaangażowanie w rozgrywkę, a raczej irytuje.

Imponujące efekty specjalne użyte do widowiskowej realizacji, blask gwiazd, czyli idealnie obsadzeni i wymyśleni bohaterowie, fabuła trzymająca w napięciu do samego końca, przygotowanie aktorów do podjęcia finałowych decyzji, dwa alternatywne zakończenia, czy subtelne relacje emocjonalne pomiędzy grającymi, to tylko niektóre z zalet Terminatora.

“Przygoda kultowa” – tak z pewnością powiedzą o tym scenariuszu wszyscy gracze, którzy będą mieli szczęście w niego zagrać.

Krystyna Nahlik

To jeden z tych scenariuszy, które czyta się z zapartym tchem, nie dlatego, że nie wiadomo co czai się na nieszczęsnego czytelnika na następnej stronie ale dlatego, że są tak cholernie dobre. Od pierwszej sceny wszystko jest jak w filmie akcji, opisy są niezwykle plastyczne, akcja biegnie nie zwalniając aż do napisów końcowych a pościgi gonią eksplozje z wykorzystaniem naprawdę hollywoodzkiego budżetu. Ujęło mnie całkowicie obsadzenie konkretnych aktorów we wszystkich rolach. Na dodatek historia jest świetna, a co najważniejsze sensowna. Aż chce się sięgnąć po popcorn! No dobrze, to ma być recenzja a nie pean pochwalny, a więc do konkretów.

Obsadzenie graczy w głównych rolach historii jest najmocniejszą stroną tego scenariusza. Żadne inne rozwiązanie po prostu nie wchodzi w rachubę. Motyw z zamianą ról Terminatorów jest zwodniczo prosty, ale niezwykle skuteczny. To sztandarowy wprost przykład, jak należy wprowadzać zdrajcę do drużyny tak, by wszyscy gracze mieli z tego maksimum satysfakcji. Podobnie jak w “Shane on you” widać, że najwięcej frajdy będzie miał gracz odgrywający Arniego i do tego w zasadzie można by się przyczepić, ale pozostali bohaterowie też nie są przypadkowymi przybłędami. Postać Connora jest idealna dla gracza lubiącego przeżywać rozterki moralne a Daniel jest bardzo mocno osobiście związany z wydarzeniami. Jedynie Conchita może pozostawać na boku – oczywiście, jest niezwykle przydatna w scenariuszu i wygląda jak Vasquez, ale to może nie wystarczyć. Można by temu jednak łatwo zaradzić rozwijając zasugerowany dyskretnie wątek romantyczny między nią a Connorem – szkoda, że autor nie poszedł w tym kierunku. Dałoby jej to prawdziwą motywację, a ostatecznej decyzji dodało dodatkowy wymiar dramatyczny. Na uznanie zasługuje za to wprowadzenie specjalnej sceny dla dwojga “nowych” bohaterów, które pozwoli im poczuć się ważnymi w obliczu takich gwiazd jak Arnie i młody de Niro.

O samej fabule “Terminatora” nie mogę napisać wiele, poza tym że jest świetna i właściwie bezbłędna, stuprocentowo i bardzo świadomie utrzymana w filmowej konwencji i aż chce się w nią zagrać. Na dodatek, mimo jej sztywnej prezentacji, ostateczna decyzja leży w rękach graczy, a wynik niezależnie od wybranej opcji opisany jest równie malowniczo. Skupię się więc na formie, która może być nieco kontrowersyjna.

Osobiście uwielbiam przygody tak zwane “liniowe”, z mocnymi zaplanowanymi scenami, ustaloną ich kolejnością i dramatycznym finałem. Nic nie sprawia mi większej frajdy jak odgadnięcie, jaki mistrz gry miał plan i pomoc w jego maksymalnie efektownej realizacji Ale zdaję sobie sprawę, że jestem zapewne w mniejszości. Najprawdopodobniej podczas sesji zajdzie potrzeba ukrycia przed graczami “szwów” scenariusza, by dać im iluzję wolnej woli, przynajmniej dopóki nie poczują konwencji. Dobrze, że autor rozgranicza wydarzenia konieczne od opcjonalnych, szkoda, że nie robi tego konsekwentnie we wszystkich scenach. Jasne, dobry MG poradzi sobie bez problemu, ale można by mu ułatwić życie, sugerując więcej alternatywnych rozwiązań czy unikając wkładania w usta bohaterów konkretnych słów. Dynamika i sugestywność opisu nie powinna na tym ucierpieć, a scenariusz stałby się bardziej przyjazny dla wychowanego w kulcie nieliniowości użytkownika.

W “Terminatorze” jest za to mnóstwo szczegółów i uwag dla prowadzącego, które świadczą o tym, że autor naprawdę wie, jak stosować filmową konwencję. Drobiazgów, które o tym świadczą jest tak wiele, że nie będę o nich osobno wspominać (jak choćby nacisk położony na broń Terminatora). Wisienkę na torcie stanowią porady scenarzysty – to istne perełki, za wyjątkiem ostatniej: pod żadnym pozorem nie odbierałabym w finale graczowi postaci T-800! Jeśli już poradził sobie z wodzeniem drużyny za nos przez całą przygodę, nieuczciwe byłoby pozbawić go satysfakcji ze zgotowanie jej krwawego końca. Trzeba mu zaufać, a na pewno sobie poradzi.

Indywidualne opisy dla każdego z graczy to pomysł ciekawy, ale na dłuższą metę ryzykowny. Opisywanie wydarzeń przez pryzmat punktu widzenia bohaterów, by zasugerować ich emocje i pomóc im, szczególnie na początku, wczuć się w postaci jest bardzo potężnym narzędziem. Łatwo jednak od sugestii przejść do narzucania graczom, co ich bohaterowie mają w danym momencie odczuwać i jakimi motywami się kierować, a tego na pewno mistrzowi gry nie wybaczą. Wiem o czym mówię, bo sama lubię stosować subiektywne, nacechowane emocjonalne opisy i wiem jak łatwo przekroczyć tę delikatną granicę, za którą gracz mówi stanowcze “nie”. Dlatego też do tej sugestii autora podchodziłabym z najwyższą ostrożnością.

Podsumowując, uważam “Terminatora” za scenariusz niesamowicie atrakcyjny, napisany z ogromnym rozmachem i dojrzale operujący filmową konwencją. Wzbudził we mnie niekłamany zachwyt. Nie każdemu mistrzowi gry przypadnie do gustu, być może nie każdy sobie z nią poradzi i trzeba będzie do niego drużyny potrafiącej wyczuć konwencję. Można by go spisać z większą dbałością o emocjonalny rozkład ról w drużynie i ułatwienie prowadzącemu życia, ale mnóstwo jego innych zalet przeważa nad tymi drobnymi potknięciami. Dodatkowo cieszę się, że autor mojego ulubionego tekstu z poprzedniej edycji napisał coś tak odmiennego, dając tym samym dowód swojej wszechstronności. Żałuję tylko, że w przyszłym roku nie będę mogła przeczytać niczego jego autorstwa.

Michał Madej

Tomasz Z. Majkowski

Ganiłem autora “Wilczycy” za brak odwagi – tu powinszować muszę zdecydowania. “Terminator” początkowo wzbudził moją ogromną nieufność, nie jestem bowiem zwolennikiem scenariuszy osadzonych w uniwersach filmowych i bałem się, czy tekst udźwignie brzemię kultowego cyklu. Szczęśliwie, udźwignął i im dłużej go czytałem, tym lepiej się bawiłem.

Scenariusz ma trzy ogromne zalety. Po pierwsze, gracze nie wcielają się w osoby trzecie, ale w głównych architektów wydarzeń. To nie przygoda typu: “gracze spotykają Arniego”, czego obawiałem się na początku, lecz scenariusz, w którym nim grają. To odważne, zdecydowane i z dramaturgicznego punktu widzenia najszczęśliwsze. Po drugie, autor proponuje naprawdę dobry tekst, który kontynuuje znaną serię (a ściślej – proponuje kontynuację alternatywną) w sposób przemyślany, przewrotny i inteligentny. Na początku lektury trafiłem na zastrzeżenie, że scenariusz zaproponuje alternatywę lepszą, niż oficjalna kontynuacja. I, proszę państwa, dzięki zamianie zadań terminatorów, nie są to wyłącznie czcze przechwałki. Po trzecie wreszcie, autor posługuje się konwencją filmową z ogromną swadą, przetyka tekst niezmiernie interesującymi i cennymi spostrzeżeniami, nie boi się też własnego zdania (krytykuje na przykład techniki, których nie lubi, jednocześnie nie odradzając ich stosowania). Wszystko to sprawia, że lektura tego niemałego przecież tekstu jest interesująca i zachęcająca do prowadzenia przygód na jego postawie.

Niestety, scenariusz, choć naprawdę dobry, ma jednak dwie wady, i to wady ogromne. Pierwsza z nich eliminuje z zabawy przynajmniej połowę potencjalnych graczy i jest rezultatem przyjętej stylistyki. Scenariusz jest “liniowy” do bólu i choć autor zaznacza, że prezentuje swoją wizję, a realizacja może się od niej różnić, w gruncie rzeczy pozwala wyłącznie na zmiany kosmetyczne. Drużyna może zestrzeliwać policyjne śmigłowce lub nie – ale nie uniknie ani przejażdżki metrem, ani walki na dachu. Tu nie ma miejsca na decyzje (pardon jest, jedno: drużyna może pójść na spotkanie z trzecim inżynierem cała, lub się rozdzielić. Scenariusz dopuszcza obie opcje, ale na pierwszą strasznie kręci nosem) i wszystko może rozegrać się w jeden, kanoniczny sposób. Nie sądzę, by gracze lubujący się w taktycznym rozwiązywaniu problemów lub stawiający na realizm postaci potrafili bawić się tą przygodą. W tym celu trzeba bowiem przyjąć zupełnie logikę kinową, nie wcielać się w postaci graczy, ale sterować nimi tak, by uzyskać efekty maksymalnie zgodne z konwencją serii filmowej, widowiskowe i dramatyczne, choć niekoniecznie najbardziej logiczne czy zapewniające optymalny rezultat. Wiem jednak, że ja bawiłbym się tym jak dziecko. Dlatego wadę zaznaczam, nie uważam jej jednak za dyskwalifikującą

Drugi problem jest równie nieunikniony, a poważniejszy. Otóż, terminator jest w drużynie jeden. W tej przygodzie tylko jedna osoba to Arnie. Pozostali – nie. I choć, oczywiście, mają swoje role w scenariuszu, są ważne i istotne, stoją po właściwej stronie (w przeciwieństwie do kłamliwego robota), ba, na końcu wygrają, to jednak jeden z nich to Arnie. To on będzie na plakatach. To on może powiedzieć “Hasta la vista”. To on rozwala policjantów na tuziny. To jest przygoda o nim.

Mimo to jednak rzecz mi się podoba. Dobrze się czyta, działa na wyobraźnię, na dodatek posiada dopracowane tło i kilka interesujących spostrzeżeń (jak choćby to, że z biegiem czasu Departament Obrony jest coraz mniej zainteresowany projektem tarczy antyrakietowej). Doskonale operuje konwencją filmu akcji i zawiera wszystkie kanoniczne elementy serii, której pozostaje wierna do samego końca.

Szkoda tylko, że nie ograniczony budżetem autor nie zaproponował aktorów do ról wszystkich istotniejszych bohaterów niezależnych. To jeszcze bardziej podkreśliłoby filmowość całej zabawy, a mnie dałoby okazję, żeby pochichotać podczas lektury. Wcale nie szyderczo.

Maciej Reputakowski

Wydawało się, że “Shane on you, brothers!” zgarnie wszystkie nagrody, w tej kategorii, ale i tutaj pojawia się nominacja do tytułu Cytat Roku: T-800 oczywiście wygląda jak Arnie, lecz dzięki naszej wyobraźni odmłodzony o te 20 lat. Delikatnie brutalne.

Wybór świata, w którym rozgrywa się ten scenariusz, tworzy mały problem, gdyż w Polsce nie ukazał się system osadzony w uniwersum Terminatora. Z drugiej strony ciężko powiedzieć, że jest to system autorski, a regulamin Quentina przewiduje możliwość oparcia przygody o fabułę ogólnodostępnej książki lub filmu. Zawsze będzie to jednak lekkie utrudnienie dla Mistrza Gry i graczy. No, chyba że ktoś jest fanem “Terminatora” i zawsze chciał pobawić się jak Arnie. A dla takiej osoby z pewnością bardzo poważnym atutem będzie możliwość wzięcia udziału w tej historii i zabicie Johna Connora. Wcielenie się w samego Johna również powinno stanowić wyzwanie dla ambitnego gracza, choć wątpliwości budzi proponowana twarz Roberta de Niro, no, chyba że w wersji z “Taksówkarza”. Ale to tak na marginesie i żartem. Goldstein pasuje za to jak ulał, choć ciekawa mogłaby być także Michelle Rodriguez grająca Anę-Lucię w “Lost”. W obsadzie bardzo ciekawym pomysłem na tło dla postaci Daniela jest grupa mailowa – niezwykle miodny motyw. Jeśli chodzi o bohaterów, zagranie nimi powinno dostarczyć drużynie sporej dawki emocji, choć nie ulega wątpliwości, że T-800 czy Connor to trochę ciekawsi bohaterowie niż Conchita czy Daniel. O ile i oni będą mieli swoje pięć minut w czasie sesji – nie powinno być problemu, choć wielkim atutem taka sytuacja nie jest. Z drugiej strony – ciężko byłoby stworzyć przeciwwagę dla Arniego. No, chyba, że pojawiłby się Predator.

I z trzeciej strony – dlaczego nie poprowadzić tej przygody dla dwóch graczy? Tylko Arnie i John…

Za te słowa – przytaczam pełen cytat: Po pierwsze: wyluzuj! Dziś nie gramy w symulację rzeczywistości. To jest film. To ma być film. I jak każdy film z gatunku SF/akcja rządzi się swoją konwencją. Nie jest naszym zadaniem niszczenie tych praw, ale czerpanie przyjemności z ich wykorzystywania. Będzie tu mnóstwo nierealistycznych scen akcji i obowiązkowy zakład przemysłowy na końcu. W tym punkcie schematów nie łamiemy. – wielgachny punkt dla autora. Świadomość konwencji i jej reguł to nie taka znowu powszechna przypadłość. W ogóle cały wstęp nadaje się na mini-artykuł o tym, jak powinny wyglądać wprowadzenia do przygód i relacja scenarzysta-prowadzący.

Na wyróżnienie zasługują również:

– powierzenie graczowi postaci terminatora

– filmowe preludia wprowadzające w klimat i sugerujące konwencję przygody

– większość gipsów, które pokazują panowanie autora nad scenariuszem i podpowiadają MG sposoby na umiejętne wpływanie na tok wydarzeń

– maksymalna filmowość większości scen (pościgi, walki, pojedyncze efektowne ujęcia)

– Prawdziwa Eksplozja

W części tipsów zawarte są informacje, które należałoby podać prowadzącemu na początku scenariusza – jak zasugerowanie graczom filmowej konwencji (choć to, dla lepszego efektu, powinno się robić samym opisem wydarzeń na sesji) lub określenie ilości sesji wymaganych do rozegrania przygody. Poza tym nie do końca prawdziwe jest zdanie: Nie ma nic gorszego niż kończenie sesji w środku jakiejś sceny. Sesję można skończyć w połowie sceny – ważne, by nie była to scena przypadkowa. Autor mógłby wręcz napisać, w których miejscach takie przerwy wypadłby szczególnie efektownie.

Mała uwaga odnośnie tego fragmentu: Sarah jest sparaliżowana. Bohaterowie wiedzieli to juz wcześniej. Warto wprowadzenie takich informacji obdarzyć komentarzem, krótkim opisem wspomnień bohaterów. Nie mogą być to jednak retrospekcje (nie pasują do konwencji).

Przede wszystkim plus dla autora za stosowanie tego chwytu, który nadaje postaciom głębię i sprawia, że są one dla graczy (tych, którzy nie muszą czuć pełnej kontroli nad bohaterami) zagadką, czymś intrygującym, a nie tylko spisanym na karcie i ostatecznie określonym. Nie zmienia to faktu, iż wyjawienie jakiejś prawy nie znanej graczom, a znanej postaciom, jest swego rodzaju retrospekcją, gdyż stawia w nowym świetle wcześniejsze działania. Ale to szczegół, gdyż rzeczywiście wypada się zgodzić, iż rozgrywanie scen retrospektywnych nie pasuje do dynamicznej akcji tego scenariusza.

Wielkie NIE dla fragmentu: (.) jeśli drużyna zwróci się przeciwko T-800, to możesz przejąć tą postać. Jeżeli gracz nie ma nic przeciwko, będzie to najlepsze rozwiązanie. Przejmowanie postaci jednemu z graczy i kończenie przygody bez jego udziału to chamstwo. No, chyba że dostałoby się w zamian TX, ale nie dla każdego gracza będzie to wystarczająco satysfakcjonujące.

Final Reader’s Tip: Sam scenariusz i konflikt terminatorów zdecydowanie efektowniej wypadną, jeśli dojdzie do rozmowy części drużyny z TX za plecami i bez wiedzy Arniego i/lub Connora. Jeśli zostawić tę scenę do finału, wypadnie nieco sztucznie.

Autor “Terminatora” to jedyna osoba w tej edycji, która od początku do końca potrafi pokazać, iż wie, jakimi regułami rządzi się konwencja, która została wybrana. Jeśli MG i gracze zrozumieją, że konwencja przez swoje ograniczenia daje nieskończoną ilość możliwości wyboru, otrzymają doskonałą przygodę w świecie znanym z kultowego filmu.

Aha, osoby, które lubią konwencję realistyczno-symulacjonistyczną, niech się dwa razy przed tą przygodą zastanowią, bo niewiele ona wspólnego z realizmem.

Jeśli autor chciałby porozmawiać o swoim scenariuszu, zapraszam:

GG 1416169, e-mail: repek@polter.pl

Aleksander Ryłko

Z tym scenariuszem mam nielichy problem. Z jednej strony chce się piać z zachwytu, a z drugiej kląć pod wąsem. Z jednej strony mamy świetnych bohaterów, wyeksponowanie konwencji, dynamiczne sceny, dramatyzm, pisk opon, huk wystrzałów i wycie syren policyjnych. To jest naprawdę film akcji! To największa zaleta tego tekstu.

Ale największa zaleta jest i największą wadą. To jest film. W filmie aktorzy robią, co się im każe. W Terminatorze gracze mają wpływ tylko na kosmetykę – nie zmienią układu scen, mogą wpłynąć jedynie na ich wygląd. Miną ciężarówkę po lewej, czy prawej stronie, wybiegną na dach pociągu, czy będą strzelać z okna. To tylko detale, nieistotne w końcowym rozrachunku. Jasne, można rozegrać to tak, że gracze się nie połapią, albo nie będzie im to przeszkadzać, ale dla niejednego będzie to poważny problem.

Reasumując – genialny scenariusz, ale nie dla mnie.

Marcin Segit

Michał Stachyra

Wow! Mogę być Schwarzeneggerem. Pomysł na scenariusz świetny. Wykonanie i pomysł fabularny z “odwróceniem” terminatorów bardzo dobre. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Prawdę powiedziawszy, gdy przeglądałem scenariusze przed przeczytaniem i zobaczyłem Terminatora – pomyślałem “nie, to się nie może udać”. A jednak. Scenariusz jest bardzo filmowy, a przy tym liniowy, ale taka jest konwencja, więc trzeba na to przystać.. i bawić się dobrze. Ja się na to łapię, ale jest to z pewnością wada, która odstręczy wielu graczy (czy raczej MG).

Do scenariusza autor dodaje sporo uwag na temat prowadzenia – przydatnych, świetne są tipsy z uwagami. Czyta się to dobrze, podoba mi się też stosunek autora do scenariusza i relacji autor scenariusza – MG. Zastanawiam się tylko, czy dwie dodatkowe osoby (poza Arnim i Connorem) nie są trochę na siłę – trzeba było jeszcze bardziej ‘dosycić’ te postacie, bo tak obawiam się, że będą troszkę z boku za bardzo. Złym pomysłem jest propozycja zabrania graczowi Arniego w ostatniej scenie. Ogólne – Świetna robota. Czekamy na sequel innego filmu 🙂

Joanna Szaleniec

Nie potrafię znaleźć właściwych słów, które krótko podsumowałyby ocenę tego scenariusza. Przychodzi mi na myśl tylko cytat z Camusa: “Panowie, czapki z głów” (ale ze względu na feministyczne poglądy Magdy powinnam napisać “panie i panowie”). Wyliczenie wszystkich zalet “Terminatora” rozwlekłoby się zapewne na kilkadziesiąt tysięcy znaków, w związku z czym postanowiłam wypunktować tylko kilka z nich.

Różnica między tym tekstem a większością scenariuszy, jakie dotąd czytałam (również w podręcznikach RPG i “renomowanych” czasopismach) jest taka, jak przepaść między powieścią dojrzałego pisarza a wypracowaniem gimnazjalisty.

Konstrukcja postaci i ich splatających się wzajemnie celów to po prostu majstersztyk. Autor powierza graczom zadania równie ambitne jak Mistrzowi Gry.

Szacunek budzi konsekwentne trzymanie się logiki (oczywiście z niezbędnymi zastrzeżeniami, na które sam autor zwraca uwagę we wstępie).

Klimat filmu został podchwycony bez zarzutu, “plenery” są jak żywcem wyjęte z obu pierwszych “Terminatorów”.

Kolejny atut to umiejętne kształtowanie dynamiki: sceny ostrej akcji przeplatają się z chwilami refleksji (a może raczej nerwowego namysłu?).

Początkującym “scenarzystom” chciałabym zwrócić uwagę, jak sprytnie ominięto drobne pułapki, w które niechybnie wpadłby niedoświadczony autor (wprowadzenie Pierwszego i Drugiego Inżyniera zamiast oklepanego “kiedy prowadziłem tę przygodę, gracze najpierw pojechali do inżyniera Poppa” lub jeszcze haniebniejszego “gracze zdecydują się najpierw pojechać do Poppa”).

I na koniec jeszcze brawa za zwalające z nóg uwagi o Windowsach…

Po prostu – czapki z głów!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *